Wojna Ekonomiczna

Paweł Niedbała

Lichwa, lichwiaryzm, kapitalizm

Trudno chyba w dzisiejszych czasach o wiedzę bardziej potrzebną do praktycznego stosowania niż ekonomia. Jednakże oficjalna narracja powszechnie dziś panujących liberałów jest taka, że nie istnieje ekonomia jako nauka ścisła. Trudne to do wyobrażenia, ale taki współcześnie obowiązuje podstawowy aksjomat w świecie nauki, zatem i w oświacie ekonomicznej. Tylko że jak można uczyć kogoś ekonomii… twierdząc, że jej nie ma?! Dziś student dopytując, jak to możliwe? – spotka się z niezadowoleniem profesora.

Słyszałem też zdanie pewnego profesora ze środowisk patriotycznych, goszczącego m. in. w telewizji Trwam, że ekonomia nie ma celu autonomicznego, co wychodzi na to samo.

To nie są paradoksy, tylko absurdy jakieś i po prostu kpina z ludzi.

Oficjalne próby definiowania ekonomii są mniej więcej takie, że (za wiki) „jest to nauka o tym, jak jednostka i społeczeństwo decydują o wykorzystaniu zasobów”, że ekonomia „zajmuje się relacjami zachodzącymi między kupującymi a sprzedającymi”… i tym podobne bzdury. Bardziej to podpada pod statystykę, aniżeli ekonomię.

Spotykamy się też dość często z tzw. programami gospodarczymi, które jednak zazwyczaj są nie czym innym jak koncertami życzeń różnych środowisk. Może czasem te życzenia są pobożne, może i przez dobrych ludzi głoszone, ale są to tylko życzenia. Raczej mamy tu do czynienia z jakimś marketingiem idei polityczno-gospodarczych pod płaszczykiem naukowym, aniżeli z wiedzą niezmienną. Panuje jakaś mgła tajemnicy.

Niestety, ale w takiej rzeczywistości przyszło nam żyć. Trzeba więc postawić pytanie, czy to czasem nie jest celowe działanie, ażebyśmy byli po prostu ślepi i nieświadomi tego, co się wokół nas dzieje? A mówiąc wprost, czy to nieuki, czy oszuści panują w nauce i mediach?

Jakże w takiej sytuacji mamy opracować swój ideał ustroju życia społeczno-gospodarczego?!

Należę do ok 10-cio milionowej, jak myślę, mniejszości Polaków pracujących wytwórczo, z pracy których utrzymują się pozostali, jak np. nauczyciele, czy służba zdrowia – ale też i wszelcy złodzieje. Zdania te kieruję głównie do żyjących z uczciwej pracy i chcących uczciwie żyć, nie na czyjś koszt; do tych którzy dostrzegają, że niezbyt sprawiedliwie się w Polsce dzieje, ale którzy nie chcą się godzić z tym stanem rzeczy i gotowi są przeciwdziałać tej potwornej niesprawiedliwości wokół nas.

Myślę, że nie tylko mi nie podoba się sytuacja, że od czasów tzw. reform Balcerowicza własność Polaków rabowana jest w przeróżny sposób, a można wręcz powiedzieć, że nastąpiło potężne zniewolenie nas, najpierw ekonomiczne, które następnie przenosi się na niewolę polityczną, a nawet duchową. Przy czym trudno się spodziewać końca tych działań. Sytuacja wygląda tak, że są jedni, próbujący sobie podporządkować większość, do tego mogący mieć jeszcze inne cele niematerialne, do których wykorzystują przewagę ekonomiczną; są inni, którzy brzydzą się tym wszystkim, mają uczciwe zamiary i cele, o które gotowi są walczyć, jeśli pojawiają się zagrożenia. Mam nadzieję, że ostatnie słowa tyczą wszystkich Polaków… . Katolik zresztą nie za bardzo ma inne wyjście, gdyż obojętność wobec zła jest złem; oznaczałoby to tyle, co stanąć po stronie wroga sprawiedliwości i jest po prostu grzechem.

Główny nasz problem polega na tym, że nie za bardzo wiemy w jaki sposób to gnębienie nas się odbywa. A widać ze skutków, że wróg działa bardzo metodycznie i stąd jego skuteczność.

Tu dygresja. Otóż wielki polski uczony prof. Feliks Koneczny pisze, że niezależność zaczyna się od ekonomicznej. Idąc tą drogą w drugą stronę można rzec, że do zniewolenia politycznego potrzeba potęgi ekonomicznej.

Od 10-cio milionowej pracującej mniejszości zależą nie tylko zarobki budżetówki, bo również i podatki które budżetówka wpłaca do skarbówki są podatkami otrzymanymi wraz z wypłatami, na które pracuje ta mniejszość. Także wysokość rent i emerytur zależą od tych pracujących 10 milionów.

Ale my, pracujący, utrzymujemy również rzeczy niepotrzebne społecznie, jak również wszelkie złodziejstwa:

– Pierwszym jest tzw. ukryte bezrobocie, czyli głównie niepotrzebna nikomu biurokracja, nie tylko, że żerująca na pracujących, to jeszcze kradnąca ludziom czas, który jest nie czym innym jak częścią życia darowaną człowiekowi przez Pana Boga.

Np. potężne pieniądze są przeznaczane na przeróżne programy pomocowe, jednakże zanim ta pomoc trafi do rąk potrzebujących – często obiektywnie potrzebna – to około połowa tej sumy jest po drodze tracona na ich obsługę. Weźmy przykład bezrobotnych. Obecnie jest ich niedużo, ciągle ubywa, ale czy ubyło urzędników ich obsługujących? Albo może ubyło kosztów na szkolenia dla bezrobotnych? Te ostatnie są raczej tylko pretekstem by wyłudzać pieniądze z budżetu państwa. Niejako przy okazji bezrobocia nie brak i innych malwersacji, przyznawania sobie niezasłużonych premii, etc. Gdyby więc bezrobotnych nie było, to trzeba by było ich wymyślić, no bo co zrobić z tą armią urzędników? Przecież to elektorat! Tak więc bezrobocie zapewne nie zniknie…

– Podobnie jest przy każdych dotacjach, które po drodze skubie każdy kto może i jak może, oraz ile może.

– Dołóżmy do tego zyski monopolistyczne osiągane przez potężne korporacje, przeważnie zagraniczne, które są nie czym innym jak obciążeniem pracujących 10 milionów.

Wg. Miarodajnych danych, wyprowadzono z Polski nie mniej jak bilion zł zysków osiągniętych przez te obce podmioty. Jeśli ten bilion podzielimy przez 10 mln ludzi pracujących to wyjdzie nam sumka 100 tyś zł wyjętych z kieszeni każdego pracującego.

– Ale cóż tam zyski monopolowe – które często są uzyskane poprzez omijanie podatków, lub poprzez zniżki uzyskane od państwa – jeszcze samo państwo jest okradane! Znamy z mediów, jak setki miliardów zostaje wykradzionych ze skarbu państwa, np. przez wyłudzenia VAT-u.

Kolejne sejmowe komisje śledcze raczej nie zadają pytań gdzie podziewają się te skradzione miliardy?

– Praktycznie każda inwestycja państwowa to kolejna afera, gdzie defraudowane są nasze pieniądze.

Np. mamy ponoć najdrożej w Europie budowane autostrady, a firmy budujące je pobankrutowały, bo do dziś im nie zapłacono.

– Okazuje się, że kradną państwowy grosz nawet sądy!

– Do końca tragedii doliczmy drobniejszego kalibru przekręty, których jest jednak masowa ilość na poziomie lokalnym.

Nikt nie jest w stanie ogarnąć ogromu tego złodziejstwa i rabunku.

Jeśli zsumujemy te rabunki, to nie dziwmy się, że tak niedużo zostaje na wypłaty wytwórcom. Uważam, że przeciętny zarobek uczciwego Polaka jest co najmniej 3-krotnie zaniżony (być może, że nawet 5-krotnie), w stosunku do obiektywnej wartości jego pracy.

Narzuca się pytanie, czy to tylko łotrów wina, że jest jak jest, czy też może i nasza, że pozwalamy na to? Wydaje mi się, że ta słabość nasza, że dajemy się tak walić w rogi, jest największą naszą tragedią, a nie same te rabunki.

– Nie można jeszcze pominąć potworności lichwiarstwa, które nie mniej zaniża wartość pracy, zadłużając przy tym. Sam budżet naszego państwa jest zadłużony na ok bilion zł, co daje następne 100 tyś zł długu na głowę każdego pracującego. A gdzie jeszcze długi samorządów, szpitali, firm…

Nie ważne kto wpłaca tę lichwę, zawsze obciąża ona tę 10-milionową mniejszość pracującą. Każde złodziejstwo obciąża pracę, która jest rabowana w niewidzialny dla większości sposób.

A jeśli wartość pracy maleje, oznacza to tym samym rosnącą wartość pieniądza wobec niej, co jest jakby z podwójną korzyścią dla złodziejstwa.

Jakby pracującym było mało, to jeszcze większość z nich musi żyć w poczuciu ciągłego zagrożenia utraty możliwości zarabiania. W coraz większym stopniu zatrudnienie zależy od jakichś znajomości, układów, zależności wzajemnych. Większość ludzi dziś komuś zawdzięcza, że pracuje, że jakby z czyjejś łaski zarabia…coraz mniej!

Nie wszyscy chcą pracować, wielu woli dziadować jakieś zasiłki – mając w swej ofercie głosy wyborcze na wymianę. Więc dostają czego chcą. Zazwyczaj, jako stali klienci, podpisują więcej niźli otrzymują, bo musi coś zostać i dla przydzielającego. Upokarza to pracujących, którzy na to robią.

Nie inaczej jest w działalności gospodarczej. Kontrakty i zlecenia zdobywają tzw. „swoi”, którzy umieją się podzielić. Metoda przetargowa tylko pomaga ukryć przekręty.

Tworzy się tak oto pewien układ zamknięty, gdzie te współzależności postępują, co jest równoznaczne z postępującym dalszym rabunkiem wartości pracy ludzi.

W wyniku tych wszystkich działań, maleje nieustannie wydolność podatkowa społeczeństwa. (Przypominam, że podatków dostarcza tylko 10 mln pracowników; reszta, w tym budżetówka, utrzymuje się z ich pracy) Ubywa nie tylko podatków, ale i podatników realnie płacących je.

Daje to władzom pretekst, by zadłużać. W ten sposób państwo nasze – a tak naprawdę my! – staje coraz bardziej bezwolne – wobec zbrodniarzy tak na prawdę. Państwo ze swym aparatem jest ich narzędziem zbrodni.

Gorsze od ekonomicznych są owoce duchowe tych zabiegów – bardzo gorzkie. Przedstawiona sytuacja wymusza przypadki, że część ludności ima się zająć wątpliwych moralnie. Niszczeje przez to etyka i dobre zasady stosunków międzyludzkich. Ludzie uczciwi, często szlachetni, bywają biedni i wstydzą się swej biedy, która często wynika z uczciwych ich zasad życiowych. Bieda często psuje dobre zasady moralne, zobojętnia na okalające zło, to zaś dopomaga łotrom jeszcze bardziej zabiedzać i upokarzać nasz naród. Są to przejawy ciągle postępującego zniewolenia, którego końca nie widać. Życie gospodarcze, a zatem i całość życia społecznego, coraz bardziej funkcjonuje wg zasady pana i niewolnika, gdzie spośród niewolników niektórzy – najczęściej lizusy – awansują na poganiaczy innych, niższych w hierarchii. Postępuje tak niewolnictwo również polityczne, co w dużym stopniu przenosi się na upadek duchowy.

A wszystko to pod hasłem… wolności!

Od lat 90-siątych zrabowano nam głównie przedsiębiorstwa, których część celowo zniszczono, oraz ziemię popegeerowską, teraz rabowana jest głównie praca ludzka. Pozostały im jeszcze do zawłaszczenia nasze zasoby naturalne i prywatne majątki Polaków, przede wszystkim kole ich w oczy ziemia rolników na własność.

Dostrzegamy skutek, którym jest przedstawiony stan rzeczy, natomiast nie znamy przyczyn w jaki sposób się to odbywa i kto tak naprawdę za tym stoi. Nie wiemy kto operuje tym mechanizmem i nie jesteśmy świadomi tragizmu sytuacji w jakiej się znajdujemy. Uważam to za główny problem Polaków, a jest to wynikiem naszego braku wiedzy.

Filozofia powie nam, że nic nie ma bez przyczyny; jak również, że skutek świadczy o przyczynie. Idąc tym tropem możemy wywnioskować, z jakimiż zbrodniarzami mamy do czynienia! Jakąż mają bandycką metodę i jakąż siłę, że nawet potrafią trzymać nas w ślepocie i całkowitej niewiedzy co do działania tego mechanizmu.

Widzimy stąd jak wielka występuje dla nas konieczność walki, następnie jaki mamy obowiązek uczenia się, gdyż bez wiedzy nie stworzymy zagrożenia łotrom. Najpierw trzeba nam rozpracować metodę, podług której wróg działa, ukazać jego system, gdyż jeśli tego nie zrobimy, nigdy nie będziemy w stanie nic przedsięwziąć. To jedna strona naszych starań.

Bez wiedzy ekonomicznej nie będziemy też w stanie wytworzyć żadnej siły, zdolnej zagrozić przeciwnikowi, który ewidentnie taką wiedzę posiada, tylko nie chce się nią dzielić.

Ażeby móc, zwłaszcza w sposób zorganizowany, skutecznie przeciwstawić się, musimy następnie, w oparciu o wiedzę ogólną ekonomiczną, wypracować własną metodę wspólnego działania, czyli taktykę walki – swoją ekonomikę. Ma swoją ekonomikę przeciwnik, musimy i my mieć swoją, jeśli chcemy się decydować na zorganizowaną akcję.

Czy nam się to podoba czy nie, jeśli jesteśmy uczciwymi ludźmi, Polakami miłującymi swą kulturę i tradycję, katolikami z ukształtowanym sumieniem, to zawsze będziemy mieć sąsiadów, nie koniecznie nam sprzyjających. Stąd konieczność walki. Jednakże nic nie zwojujemy bez zorganizowania się gdy już tę wiedzę posiądziemy. Ogólną zasadą naszych działań musi być, że to co dobre musi się coraz bardziej scalać i solidarnie działać, starając się równocześnie separować od swego towarzystwa podmioty wrogie, oraz izolować przed ich wpływem.

Wróg zaś – zło – stara się działać przeciwnie. Samo zło istnieć nie może, dlatego musi mieć nośnik w postaci dobra. Złe zamiary zawsze muszą dążyć do łączności z dobrem, by móc na tym dobru żerować, niszcząc je zarazem. Np. żaden pasożyt nie może żyć sam, musi mieć na kim żerować. Również każdy złodziej musi mieć dostęp do ofiary, swego rodzaju łączność z nią, przynajmniej chwilową. Dlatego złoczyńcy zawsze głoszą hasła „jedności wszystkich”, czy „działań razem”, etc. Chodźcie z nami” … – zdają się mówić.

I tak nas zwodzą – a my dajemy się zwodzić, niestety.

Życie ludzi we wspólnotach polega na wymianie dóbr pomiędzy sobą. Uczciwym ludziom zależy, ażeby ta wymiana była sprawiedliwa. Kwestie moralne są najważniejsze. Ale niestety, nie wszyscy są uczciwi. Dlatego sprawiedliwość wymienna dóbr jest pewnym ideałem, ku któremu mamy dążyć. To nasz cel!

Natomiast to co złe nie ma i nie może mieć celu pozytywnego. Zło jest głupie, bo nielogiczne. Człowiek zły, np. złodziej, nie liczy się z tym, że jeśli kogoś zniszczy, to w przyszłości nie będzie miał na kim żerować. Raczej będzie się ścigał z innymi złodziejami, by więcej od nich zagarnąć. Dlatego póki jest kogo okradać, albo zabijać, to hulaj dusza… . Każde złe działanie poprzedza kłamstwo.

Stąd też dobrą metodą ekonomiczną będzie taka metoda, której narzucenie wszystkim przysparzać będzie dobra, zaś nikło będzie zło. Chodzi o działanie w tym kierunku, gdzie coraz łatwiej będzie uczciwie żyć, zaś coraz trudniej kraść, przy czym będzie to coraz mniej opłacalne.

Tymczasem żyjemy w rzeczywistości takiej jaka jest. Został światu narzucony pewien dwubiegunowy system, gdzie jakby ogrodzeni jesteśmy dwoma murami:

– po jednej stronie mamy jakiś skrajny komunizm, ze stuprocentową własnością państwa i przez to państwo zarządzaniem gospodarką;

– po stronie drugiej mamy liberalny kapitalizm, z jego skrajną formą, czyli monetaryzmem.

Jest to droga wyznaczona ludziom, gdzie wolno podążać jedynie wyznaczonym szlakiem – środkiem, lub bliżej któregoś muru, albo też zygzakiem, odbijając się, raz od jednego, raz od drugiego. To nie jest dobra droga, raczej ślepy zaułek, gdzie na końcu przepaść – nie tylko materialna, lecz również moralna i duchowy upadek, co jest ostatecznym celem tej ohydy.

Dlatego dla naszych poszukiwań i dociekań teoretycznych, jak i dążeń praktycznych – działań ekonomiczno-gospodarczych – musimy zmienić paradygmat: Nie mamy wyboru między komunizmem a kapitalizmem, lecz między sprawiedliwością a niesprawiedliwością.Przed nami właśnie tylko te dwa możliwe kierunki dążeń, całkowicie przeciwne sobie: ku sprawiedliwości, albo przeciwny kierunek.

Natomiast kapitalizm i socjalizm nie są sobie żadnymi alternatywami. To są dwie strony tego samego medalu, tworzą uzupełniającą się całość, nakierowaną przeciwko sprawiedliwości i, w dalszej konsekwencji, przeciw wolności ludzi.

Tak musimy postawić sprawę i z tego punktu oceniać sytuację. Trzeba najprzód wiedzieć kim się jest, czego się chce i jak się ustawić w szyku. Przede wszystkim trzeba utworzyć swój szyk, jako realny front walki w tej wojnie ekonomicznej. Bo dotychczas to tylko wróg jest ustawiony i pędzi nas, a raczej nagania, w kozi róg – jak zwierzynę.

Właśnie po to jest ekonomia, ażeby nam umożliwić rozeznać sytuację i podążać we właściwym kierunku. Bez wiedzy ekonomicznej nie wytworzymy też z siebie siły społecznej – politycznej – by działać skutecznie ku wzrostowi dobra wspólnego.

Ażeby udowodnić sobie, że zarówno kapitalizm, jak i socjalizm nie są dobrymi dla uczciwych ludzi systemami ekonomicznymi, wystarczy zacytowanie dwóch autorów, autorytetów dla tych dwu opcji. Swego rodzaju guru liberałów, noblista Milton Friedman pisze: „Kapitalizm powinien przyciągać tych, którzy wyznają inne etyki (inne etyki!– dopisek mój) a zwłaszcza tych, których tradycyjnie uznawano za obcych: żydów, homoseksualistów, ekscentryków, etc. Te mniejszości, które obawiają się dyskryminacji, winne we własnym interesie opowiedzieć się za kapitalizmem, jako, że jest to jedyny ustrój, który nie zabroni im dążenia do realizacji własnych wartości”. Natomiast zdaniem niejakiego Lenina:„Komunizm to kapitalizm państwowy”.

Może przytoczę jeszcze jeden cytat nieznanego autora: „Ekonomia liberalna (kapitalizm) prowadzi do zubożenia społeczeństwa (…) obniżenia płac, i szerzenia w życiu gospodarczym tej beznadziejności i prostracji, którą określamy mianem depresji gospodarczej”.

Uważam, że współcześnie najważniejszym elementem wrogiej taktyki w wykolejaniu umysłów jest narzucanie nam, tak w nauczaniu, jak i w propagandzie, utożsamiania metody kapitalistycznej, nazywanej również ekonomią liberalną”, z ekonomią jako taką. Kapitalizm jest tylko jedną z wielu możliwych metod ekonomicznych, taktyk walki, dlatego utożsamianie go z ekonomią jest absolutnym nieporozumieniem. Prowadzi to nie tylko do wykoślawiania umysłów, zwłaszcza młodych i twórczych, lecz jeszcze czyni ludzi niezdolnymi do działań prosprawiedliwościowych. Kształceni ludzie tracą zdolność takiego myślenia. Dziś studia ekonomiczne zamykają młodemu człowiekowi drogę do własnych poszukiwań, ma tylko wierzyć w to, co jest mu podawane – jak fanatyk. Wierzyć, nie zaś wiedzieć, czyli rozumieć. Uważam to za wielką tragedię społeczną.

Nawiasem mówiąc, aktualny ustrój ekonomiczny nie jest w pełni liberalnym – to zlepek tego co najgorsze w kapitaliźmie, z tym co najgorsze w socjaliźmie.

Żyjemy więc, z jednej strony w ślepocie ekonomicznej, gdyż rzekomo nie istnieje ekonomia jako nauka ścisła stosowana, równocześnie bombardowani jesteśmy propagandą liberalną. Tak tumaniejemy coraz bardziej.

Kradzieże i oszustwa, jakie by nie były, zawsze łączą się z kłamstwem, niejako wymagają kłamstwa, nie dziwmy się zatem, że jest tak duża ilość kłamstw propagandowych. Przy rabunkach na tak wielką skalę wręcz konieczną jest nieświadomość krzywdzonych. Najbardziej jednak zabezpiecza zdobycz, pozbawiając zagrożeń jej utraty, upadek moralny społeczeństwa, który rozrywa więzi społeczne, a dzieje się to poprzez stosowanie kapitalistycznej metody ekonomicznej. Równocześnie niemoralnych jeszcze łatwiej jest tumanić, okradać i zniewalać.

W rezultacie, w swym otumanieniu, nikt nawet nie pomyśli, by spróbować spojrzeć poza te mury.

Przykładami bezsilności mogą być propozycje metod ekonomicznych (które mają uczynić nas szczęśliwymi…) głoszone przez różne środowiska prawicowe, zazwyczaj narodowców i konserwatystów. Są to środowiska ludzi pełnych dobrej woli, patriotów, cóż z tego, skoro ich propozycje są często sprzeczne. Jedni próbują połączyć swój patriotyzm z gospodarczymi elementami socjalizmu (choć raczej unikają tego słowa). Natomiast drudzy obierają kierunek przeciwny, czyli liberalny kapitalizm.

Ciekawa jest argumentacja jednych i drugich. Dlaczego jesteś za dużą rolą państwa w gospodarce? Bo kapitalizm jest pe! – mówią jedni. A dlaczego ty jesteś za kapitalizmem? Bo socjalizm jest pe! – twierdzą drudzy. Pierwsi to etatyści, drudzy wolnościowcy. Pierwsi nienawidzą kapitalizmu, uważając go za zbrodniczy system (zresztą słusznie), utożsamiany z lichwiarstwem. Drudzy natomiast dostają drgawek na samą myśl o socjaliźmie (też słusznie) i dadzą się pokroić w obronie liberalnych dogmatów ekonomicznych.

Jakby tego było mało, mamy jeszcze propozycje tzw. ”trzeciej drogi”. To tylko pozornie coś nowego, pozytywnego, a tak naprawdę jeszcze jeden zlepek socjalizmu z kapitalizmem.

Wszystkie te środowiska niosą na sztandarach swe idee… razem podążając w Marszu Niepodległości, pod hasłami: „Wielka Polska”„Polska katolicka”„Bóg, Honor, Ojczyzna”My chcemy Boga!”, itp.

Zakrawa to wszystko na kabaret.

Lecz to błąkanie się jest tylko skutkiem braku wiedzy ekonomicznej. Można dowolnie dobierać składniki, rozmaicie konfigurować, pięknie nazywać, jak np. dystrybucjonizm, czy interwencjonizm, jednak poza nazwami niczego nowego to nie wnosi – ani dobrego.

Po prostu, strata czasu.

Wszyscy próbują wykazać wyższość swych doktryn, zwalczają poglądy przeciwne, czasem próbują debatować… . Nie możemy dać się wciągnąć w te polemiki, gdyż jest to coś jak pułapka umysłowa. Z którymikolwiek poglądami byśmy się nie utożsamili, znajdziemy się obok prawdy i będziemy się tylko błąkać – jak oni.

Błąd wszystkich polega na tym, że nie potrafią wyjrzeć poza te mury.

Chcę jeszcze dopowiedzieć, że w kwestiach tych zabierał głos Kościół. Szczególnym echem odbiła się wielka encyklika „Rerum Novarum”, papieża Leona XIII, potępiająca… w każdym bądź razie sprzeciwiająca się zarówno kapitalizmowi, jak i socjalizmowi. Mamy też „Qudragessimo Anno” Piusa XI, którą osobiście bardziej cenię. Niemniej Kościół nie daje nam odpowiedzi pozytywnej; sprzeciwia się kapitalizmowi i socjalizmowi, lecz nie przedstawia nam konkretnej metody dla wspólnych działań gospodarczych. Nie ma się co dziwić zresztą, może władze kościelne nie od tego są. Niestety, ostatni papieże, poczynając od Jana XXIII, skłaniają się – a raczej nas skłaniają – ku socjalizmowi gospodarczemu. Szczególnie ostatni papież Franciszek… powiedzmy, że przesadza w tym kierunku.

Twierdzę (trochę celowo prowokująco…), że kościelna nauka stricte ekonomiczna zakończyła się na św. Tomaszu z Akwinu, a więc 800 lat temu.

Tak więc powtórzę: musimy zmienić paradygmat dla poszukiwań teoretycznych, oraz przyszłych działań gospodarczych. Istotną sprawą jest, czy mamy zmierzać ku sprawiedliwości, czy raczej przeciwnie. Natomiast czy państwo ma mieć bezpośrednią rolę trochę większą, czy trochę mniejszą w życie gospodarcze, są to kwestie w ogóle nieistotne. Przyszłe działania nasze mogą zależeć od poziomu moralnego, czy cywilizacyjnego społeczeństwa, siły społecznej narodu, jak też od aktualnej sytuacji. Jeśli np. obecne opodatkowanie jest na bardzo wysokim poziomie, to nierozsądnie by było dążyć, by nagle znacząco je obniżać, gdyż powstałby z tego tylko bałagan. Zmiany ku dobremu powinny być ewolucyjne, nie rewolucyjne.

Egzystencja zdecydowanej większości ludności globu polega na wymianie dóbr pomiędzy sobą. Prawidłowo ułożone życie wspólnoty ludzkiej musi polegać na tym, ażeby ta wymiana była sprawiedliwą. Kwestie moralne są podstawowe, zarazem najważniejsze jako cel. Stąd też dobrą metodą ekonomiczną będzie ta, która przybliżać będzie do tego ideału. Drugim warunkiem rozwoju ustroju gospodarczego jest, by ta wymiana była również łatwa. W dzisiejszych czasach ten warunek jest spełniony. Wymiana jest łatwa, przez co również przybywa dóbr do wymiany.

Jednakże jeśli nie ma spełnionego warunku sprawiedliwości wymiennej, to nic nie daje większości ludziom przyrost dóbr, czyli tzw. wzrost gospodarczy. Łatwość wymiany może dopomagać zarówno poprawie sprawiedliwości wymiennej i ogólnego rozwoju społeczeństwa, jak też i ułatwiać czynić coraz większą niesprawiedliwość, co zawsze będzie oznaczać postępujące obniżanie zarobków ludzi pracujących uczciwie. Jeśli współcześnie głoszony jest wzrost gospodarczy, zaś byt ludzi pracy się nie polepsza, lub pogarsza, oznacza to, że przyrost dóbr jest rozkradany – rozkradana jest większa wydajność pracy.

W takiej sytuacji, coraz więcej osób uciekać będzie ku kombinacjom, hochsztaplerce, albo ku życiu na państwowym, często pasożytniczym (tzw. ukryte bezrobocie), albo też ku dziadowaniu różnych zasiłków. Część wyjeżdża za granicę szukać chleba. Po prostu, niesprawiedliwość wymienna zniechęca do uczciwej wytwórczej pracy; niszczy etykę i dobre zasady dużego odsetka ludności; tracimy tak swą kulturę, itd. Jakby nie spojrzeć, sprawiedliwość oznacza głównie sprawiedliwą wymianę. Zasadniczo nie powinno być zarobków bez pracy.

Samo pojęcie sprawiedliwości też wymaga objaśnienia. Najlepiej będzie nam zajrzeć na chwilę do św. Tomasza z Akwinu. Precyzuje on, że sprawiedliwość polega na równości. Używa pojęcia „równość stosunków”. Na konkretnym przykładzie: jeśli za podobne wykonywane prace mamy zbliżone zarobki, to jest zachowana równość. Nierówności mogą też zachodzić z powodu nieznajomości rzeczy, nieświadomie, w takich przypadkach może nie być niczyjej winy, stąd i grzechu, ale obiektywna niesprawiedliwość jest. Przede wszystkim więc, nie może być kradzieży i rabunków czynionych świadomie; nie może też być przyzwolenia na to.

Sprawiedliwość zdaniem św. Tomasza zawsze tyczy stosunków międzyosobowych. A zatem nie tylko między ludźmi stosunków, lecz również między człowiekiem a Bogiem; tyczy również stosunków pomiędzy danymi zbiorowościami, jak rodziny, narody, firmy, a Bogiem; jak i pomiędzy samymi zbiorowościami. Dlatego każde dobre działanie każdego (cnotliwe) mieści się w ramach sprawiedliwości. Takie np. prawdomówność, czy uczciwość w życiu są zarazem sprawiedliwością – są z nią tożsame.

Sprawiedliwy ustrój gospodarczy w końcowym efekcie przyniesie brak trosk o materialne jutro. Właśnie to powinniśmy nazywać wolnością gospodarczą. W dobie dzisiejszej, przy takim uprzemysłowieniu i umasowieniu produkcji dóbr, bieda kogokolwiek wydaje się być niemożliwa – a jednak jest. A skoro tak, to wynika to tylko z niesprawiedliwości wymiennej, co zawsze jest skutkiem rabowania wartości pracy wytwórców dóbr, przez złodziei.

To o czym mówimy, ten ideał sprawiedliwości – wolność! – jest to cel wyznaczony ekonomii. Ekonomia jest nauką, której zadaniem jest dostarczyć wiedzy, ażeby móc czynić wymianę dóbr sprawiedliwą. Mówiliśmy, iż na drugim miejscu mamy czynnik techniczny, czyli łatwość wymiany. Ułatwianie wymiany powinno być służebne wobec sprawiedliwości.

Dążenia ku sprawiedliwości to też cel wyznaczony działaniom ludzi przez Boga. Zatem ekonomię mamy daną, abyśmy mogli taki sprawiedliwy żywot wieść – również, byśmy mogli o sprawiedliwość walczyć.

Cały czas trzeba precyzować pojęcia, którymi operujemy. Ekonomia jest nauką ogólną o prawach wymiany. Pozostaje kwestia metod. Gdy mówimy o jakiejś metodzie ekonomicznej, różnie nazywanej, to powinniśmy używać pojęcia „ekonomika”. Jeśli np. jakaś firma prowadzi działalność gospodarczą, to stara się działać „ekonomicznie” – od słowa „ekonomika” a nie „ekonomia”; to samo tyczy działania całego państwa, czy też narodu, które muszą mieć własną metodę wspólnego gospodarowania, czyli „ekonomikę”.

Więc ekonomika będzie metodą działań wspólnych. Co więcej, każda działalność odbywa się wg jakiejś metody aktualnie obowiązującej, gdyż w życiu nie ma próżni. Zazwyczaj wraz z różnymi zasadami etycznymi i celami ludzkimi rywalizują i różne metody działań wspólnych.

Mamy więc pewien ideał – musimy mieć swój ideał do którego wspólnie zmierzamy! – będzie nim taka absolutna sprawiedliwość, czego nie jesteśmy z miejsca i natychmiast osiągnąć. Następnie trzeba mieć drogę do tego ideału – będzie to nasza własna katolicka, zarazem i polska, odpowiednia do osiągnięcia celu metoda wspólnego działania, nasza ekonomika.

Można różnie nazywać, mi wydaje się być odpowiednia nazwa korporacjonizm. Pochodzi od łacińskiego „corpus” (ciało), co jednoznacznie kojarzy się z organizmem i organicznym działaniem, nie zaś mechanizmem.

Ponieważ nie jesteśmy sami, odizolowani, lecz żyjemy pośród innych dążeń, w tym wrogich, nasza ekonomika będzie nie czym innym, jak taktyką walki o osiągnięcie celu.

Zatem nie ma czegoś takiego jak ekonomia narodowa, katolicka, czy z jakimkolwiek innym przymiotnikiem, jest po prostu „ekonomia” i wystarczy. „Katolicka”, czy też „narodowa” może być tylko ekonomika, jako nasza metoda walki o sprawiedliwość. Ekonomia jest niezmienna, podobnie jak i matematyka, lub fizyka, taktykę natomiast można zmieniać, dopasowywać odpowiednio do sytuacji na froncie wojny ekonomicznej – jak to w walce.

Kierunek ku sprawiedliwości jest kierunkiem ku Bogu – ku ładowi Bożemu! – gdyż sprawiedliwością jest sam Bóg. My możemy być do pewnego stopnia sprawiedliwi, czy dobrzy – co zresztą wychodzi na to samo – ale żebyśmy mogli takimi być muszą być sama sprawiedliwość, czy też sama dobroć, jako takie. Są to przymioty Boże – są samym Bogiem. Im więc bardziej stajemy się sprawiedliwi, tym bardziej stajemy się podobni do swojego Stwórcy. Kochać sprawiedliwość oznacza jakby utożsamić się z nią, co z kolei oznacza tyle, co pozbyć się swych własnych, egoistycznych pragnień i dążeń. Jeśli chcę być sprawiedliwym człowiekiem, muszę sprawiedliwość postawić ponad sobą, dostosować swoje życie do niej. Jest zatem sprawiedliwość naszym celem i zarazem drogą do celu.

Mamy świadomość, że na polu ekonomiczno-gospodarczym przychodzi nam działać w czasie ogromnej przewagi wroga sprawiedliwości. Jednakże musimy też sobie uzmysłowić, że wróg jest silny jedynie naszą słabością. Siła nasza i ostateczny wynik walki zależą od zorganizowania się i działania razem, gdzie każdy podąża w tym samym kierunku, troszcząc się o dobro wspólne, które musi być ważniejsze od partykularnych interesów.

W naszej kulturze pojęcie „współpraca” kojarzy się ze sprawiedliwością. Można wręcz powiedzieć, że sprawiedliwość i współpraca to synonimy. Z kolei takie podejście podmiotów jakby z automatu wiedzie ku kierunkowi, gdzie celem jest dobro wspólne. Człowiek jest bytem społecznym, stąd kierowanie się dążeniem ku wzrostowi sprawiedliwości i poprzez wspólne, coraz lepiej organizowane działania, przybywa tegoż wspólnego dobra, a organizm społeczny – narodowy – mężnieje i staje się coraz potężniejszym. Od dobra wspólnego zależy dobro osób i tkanek społecznych. To nasz kierunek.

Natomiast po przeciwnej stronie to mamy raczej egoizm i jedynie osobiste dążenia jako cel, co oznacza, iż każdy ciągnie każdego ku sobie. W praktyce oznacza to tyle, ażeby innych przyporządkować sobie. W wymiarze ekonomicznym będzie to dążenie, by inni pracowali na mnie, na mój zysk; by innych uczynić swoim kapitałem, środkiem osiągnięcia osobistych jedynie korzyści.

Takie życie polega na nieustannym zaspokajaniu swojej chciwości. Tam zaś gdzie egoizm, tam nie ma współpracy ku dobru ogólnemu; przede wszystkim jednak nie ma, bo nie może być, działań ku sprawiedliwości. Jeśli egoiści się zbierają, to tylko ażeby osobiście zyskiwać, co zawsze oznacza szkodzenie innym. Prowadzi to do przeszkadzania działaniom ku sprawiedliwości i niszczeniu etyki, zatem i ducha ludzi.

Zła polityka, w tym ekonomiczna, prowadzi ku temu, ażeby ten egoizm w ludziach nieustannie rozbudzać, wówczas sterownicy tym okrętem – tłumem samolubów – kierują jak chcą, taranując i niszcząc po drodze wszystko co dobre, szlachetne, piękne… .

W tym kontekście, odnośnie walki o sprawiedliwość, przychodzi nam z pomocą sama ekonomia, jako nauka ścisła. „Ścisła” oznacza tyleż, co niezmienna. Otóż nasz cel – ideał sprawiedliwości wymiennej – wynika z niej samej. Jeśli mówimy, że nauka ekonomia ma za zadanie dostarczyć wiedzy, ażeby wymianę dóbr czynić sprawiedliwą, to okazuje się, że sama ekonomia utożsamia się naszym celem. Nie musimy więc szukać własnej metody ustrojowej, gdyż otrzymujemy ją wraz z ekonomią.

Zdania te zadają kłam twierdzeniu, że ekonomia nie ma celu autonomicznego. Ma! – jest nim sprawiedliwość. Udowodnimy to za chwilę.

Równocześnie wiedza ta umożliwi nam opracować właściwą taktykę walki o sprawiedliwość i dopomoże się zorganizować i w taki zorganizowany sposób działać. Z tego powodu, ponieważ możliwy jest tylko jeden dobry ustrój ekonomiczny, czyli jedna prawdziwa, dobra metoda wymiany dóbr, wszystkie inne propozycje nie mogą być celami samymi w sobie, czyli celami autonomicznymi. Nie mogą być ustrojami gospodarczymi. Socjalizm, kapitalizm, lub mieszanki tychże, nie mogą być celami dążeń ekonomiczno-gospodarczych, lecz jedynie drogami, czyli taktykami działań jakichś kół, do celów niematerialnych. Już udowodniliśmy sobie, że cele te nie są dobre; że nie tylko zniewalają ekonomicznie, lecz również niszczą etykę ludzi i rozrywają więzi społeczne. Są nakierowane przeciw sprawiedliwości, tworząc pewną całość i będąc jakby dwoma frontami walki wspomagającymi się nawzajem – marchewką i kijem.

Z kolei nasza metoda wspólnych podążań gospodarczo-ekonomicznych ku naszemu ideałowi, również nie może być celem samym dla siebie, lecz tylko taktyką do celu. Metody więc mogą być albo budujące, albo niszczące. Nasza taktyka musi musi zawierać działania równoległe: pozytywne, czyli ofensywne, co oznacza czynić to co dobre, równocześnie negatywne, czyli obronne, co oznacza tyle, co chronić się przed złymi wpływami, po prostu nie pozwalać się okradać i rabować. Trzeba się nieustannie uczyć, równocześnie chronić przed wrogą propagandą.

Współcześnie większość wymiany odbywa się transakcyjnie, przeważnie za pośrednictwem pieniądza, a częściowo towar za towar, czyli barterowo. Niemniej barter też jest wyceniany w pieniądzu. Wymiana pieniężna odbywa się dwoma sposobami: płacimy od ręki, lub z późniejszym terminem zapłaty. Otóż same transakcje w danym czasie i miejscu określamy jako rynek. Definiujemy więc, że rynek to suma aktów kupna-sprzedaży, czyli suma transakcji po prostu. Jest to bardzo ważne wiedzieć pod kątem wspólnych naszych dążeń politycznych, ponieważ w oficjalnej nauce, a raczej „nauce”, termin „rynek” też jest niezdefiniowany. Miałem kiedyś w ręce podręcznik dla początkujących ekonomistów, w którym pierwsze zdanie brzmiało: „Dotychczas nie zdefiniowano jeszcze pojęcia rynek”. Byłem też niedawno na wykładzie pewnego znanego profesora, o którym wcześniej wspomniałem, który stwierdził, że „pojęcie rynku jest nieokreślone”. Jedni więc mówią, że jeszcze nie zdefiniowano czym rynek jest, a inni, że nie da się zdefiniować.

To są absolutne brednie! Podaną bowiem przeze mnie definicję zawiera już przedwojenny podręcznik do ekonomii dla licealistów. Także, tyle się dziś cofamy… .

Ale uważam, że są to zamierzone działania, ażeby nas utrzymywać w ślepocie, zaś narzucanymi błędnymi teoriami robić zamęt w głowach. Idzie przede wszystkim o to, by nas pozbawić możliwości zorganizowania realnej, silnej reakcji.

Rynkiem są tedy same transakcje, niezależnie od miejsca, czasu i sposobu ich zawierania. Cała otoczka, różne marketingowe zabiegi, itp. ma wpływ na transakcje, tym samym ceny, stąd na kształt i stan rynku, jednak rynkiem stricte są tylko zawierane transakcje. Trzeba to mieć na uwadze, w przeciwnym przypadku nie będziemy się rozumieć.

Wymiana transakcyjna, ten nieustanny żywy proces (nie zaś ruch automatyczny), czyli rynek – przyjmijmy, że rynek polski w danym czasie – rządzi się pewnymi swoimi prawami. Prawa te… przede wszystkim są. I są one niezmienne.

Prawa rynku podobne są prawom fizyki, albo je znamy, wówczas mamy wiedzę, albo nie znamy. Otóż znajomość tych praw rynkowych z definicji jest wiedzą ekonomiczną – ekonomią!

Ujmijmy to precyzyjnie: Ekonomia jest nauką mającą za zadanie dostarczyć wiedzy o prawach rządzących wymianą transakcyjną – czyli rynkiem. Inaczej: Ekonomia jest wiedzą o prawach rynku. Zatem każde rozważania ekonomiczne tyczą rynku, każde zaś działania gospodarcze go tworzą i wpływają na jego stan.

Ogólnie, struktura rynku przedstawia się tak, że tworzą go podmioty (sprzedający z kupującymi), oraz przedmioty (sprzedawane-kupowane rzeczy). Do przedmiotów zaliczamy też pieniądz. Transakcje to po prostu zamiany. Kupno czegokolwiek jest zarazem sprzedażą pieniądza i na odwrót. Pieniądz reprezentuje dobra, za które wcześniej był wymieniony, oraz te, na które teraz można go wymienić. Takie ciągłe wymiany pieniądza na coraz to nowe rzeczy nazywamy krążeniem, lub obiegiem pieniądza. Dobra jakby się poszukują wzajemnie, by się wymienić. Pieniądz bierze na siebie wartość wymienionej na niego rzeczy, będąc niejako jej ekwiwalentem, następnie tę wartość pieniężną zamieniamy na potrzebne nam dobro.

Pieniądz pośrednicząc w wymianie rzeczy zarazem je mierzy. (Więcej o funkcjonowaniu pieniądza za chwilę)

Czasem podmiot, np. firma, może być równocześnie przedmiotem, np. gdy ktoś sprzedaje jej akcje. Wiemy, iż sam człowiek może być kupowany-sprzedawany, np. handel „żywym towarem”, albo organami ludzkimi. Doświadczamy obecnie, jak dorobek całego naszego narodu został błyskawicznie przehandlowany.

Rynek (jako całość) składa się z sumy małych rynków, jego części, np. rynków danych rzeczy, czy prac. Podmioty dokonując transakcji dają rynkowi istnienie; równocześnie ustalają jego stan, zazwyczaj nieświadomie. Oznacza to, iż na ten stan rynku można świadomie wpływać, co będzie interweniowaniem w proces wymiany. Każdy rynek, całość lub część, jest zawsze w jakimś stanie. Oznacza to stan aktualny oraz zmiany w czasie. I interweniować można w kierunku zmian stanu całości rynku, lub zmian relacji międzyrynkowych wewnątrz całości, czyli fluktuacji. Otóż jedna z zasadniczych, istotnych spraw dla nas jest taka, iż tak jak podmioty ustalają (świadomie lub nie) stan rynku, tak też i wzajemnie, niejako powrotnie, rynek tym swym stanem oddziałuje na podmioty, czyli na zachowania ludzi, również każdego z nas. Co więcej, rynek swym stanem oddziałuje nie tylko na zachowania gospodarcze, lecz również oddziałuje na etykę, i dalej na moralność, aż na ducha. Ma to znów powrotną konsekwencję dla stanu rynku, gdyż zmiana zapatrywań etycznych zazwyczaj zmienia zachowania rynkowe. Te oddziaływania rynku na podmioty a podmiotów na rynek są ciągłe.

Z powyższego wynikają bardzo ważne konsekwencje: Rynkiem można sterować, zarówno ku dobremu, jak i przeciwnie, zaś poprzez niego wpływać na ducha ludzi. Dlatego odpowiedni stan (całości) rynku może być – i zazwyczaj jest! – narzędziem działań politycznych, w tym duchowych, np. katolickich, lub antykatolickich.

Z tej perspektywy widać, jak ważne dla jakości egzystencji ludzi są te zagadnienia i jak konieczna do walki o sprawiedliwość jest wiedza ekonomiczna.

Ażeby przestać być naiwnymi, musimy zgodzić się, że rynek nigdy nie jest wolny. Wolny rynek to rynek wolny od złodziei i innych niemoralnych wpływów, a zazwyczaj tak nie jest.

Zatem prawdziwie wolny rynek to stuprocentowa sprawiedliwość. Synonimem wolności jest życie w zaufaniu wzajemnym. To nasz ideał do osiągnięcia, nie zaś stan aktualny.

Dla łotrów zaś wolny rynek oznacza swobodę okradania i rabowania, bez poczucia zagrożenia. Zło im bardziej panuje, tym jeszcze więcej stara się postępować, niszcząc dobro.

Liczy się jeszcze waleczność i siła podmiotów pragnących dobra.

Zasadniczy podział podmiotów polega na, z jednej strony mamy pracujących i chcących uczciwie zarabiać, oraz na resztę. Dobre oddziaływanie rynku swym stanem jest takie, że powoduje większe zarobki pracujących, kosztem strat spekulacji, oraz, że przybywa podmiotów pracujących a ubywa leni i złodziei.

Rośnie wówczas wydolność podatkowa społeczeństwa, co oznacza, iż można zmniejszać podatki by utrzymać wpływy budżetowe na dotychczasowym poziomie. Co więcej, zmniejszane podatkowanie oddziałuje nadal prorozwojowo na gospodarkę, co nadal podnosi wydolność podatkową.

Rynek zawsze jest w jakimś stanie, jako efekt oddziaływań podmiotów, których cele często się różnią. Dlatego stan rynku to aktualny i ciągle się aktualizujący stan wojny rozgrywającej się w nim. Oddziaływanie rynkowe, świadome lub nie, to nic innego, tylko konkurowanie. Cele podmiotów są różne, od egoistycznych, realizujących jedynie swą chciwość, często wręcz zbrodniczych, po cele osób walczących o sprawiedliwość. Rynek to wojna! To front walki każdych celów, w tym politycznych, aż po nadprzyrodzone. Nie da się od tego uciec. Aktualny jego stan, to aktualny wynik tych starć. Tym właśnie jest konkurowanie rynkowe. A narzędziem działań wszystkich podmiotów jest pieniądz.

Jesteśmy w większości jak zaprogramowani przez propagandę i pseudonaukę, stąd słowo „konkurencja” kojarzy się nam jednoznacznie pozytywnie. W rzeczywistości znaczenie tegoż jest moralnie neutralne. Sama konkurencja może się przyczyniać zarówno do dobra, jak i zła; może też być w tych kierunkach wykorzystywana przez silne podmioty, decydujące o stanie rynku. Gdyby rynek tworzyli tylko uczciwi ludzie, wówczas konkurowanie ustaliłoby obiektywne ceny na dobra, co oznacza sprawiedliwe stosunki cenowe pomiędzy przedmiotami rynku. Wtedy konkurowanie podmiotów pobudzałoby starania ilościowe i jakościowe produktów. Hamowała by też taka zdrowa konkurencja bujanie w obłokach marzycieli. Oznacza to również pewien hamulec moralny, np. co do chciwości, od której każdemu trudno się uwolnić. A wiemy za św. Pawłem, że jest ona korzeniem każdego grzechu. Z biegiem czasu konkurowanie, typu targowanie się o ceny, ustanie. Stałe ceny i stałe stosunki cenowe, zwłaszcza tyczące zapłat za pracę, zniechęcają, zarówno do zawyżania cen, jak i targowania się, gdyż będzie to uznawane przez środowisko za przejaw chciwości właśnie, a przecież nikt nie chce uchodzić za takiegoż. Taka sytuacja poniekąd umoralnia na siłę i jakby determinuje do przewspaniałej rzeczy, mianowicie swego rodzaju konkurencji etycznej. Bardzo to kulturotwórcze. Aż tym może – powinien! – być rynek.

Pośród uczciwych, rynek drogą samych praw wymiany prowadził będzie wymianę do sprawiedliwości. Jest to właśnie ten cel autonomiczny dla ekonomii. Drogą samych praw, poprzez konkurencję, z pomocą przenoszenia, rynek dąży do sprawiedliwej równowagi. Dobrą polityką ekonomiczną będzie by, w oparciu o wiedzę ścisłą ekonomiczną, te dążenia osłaniać, przeszkadzając szkodliwym wpływom, które nie zawsze muszą być ze złej woli podmiotów. Prawidłowa kontrola rynku polega na tym, że osłania się te naturalne procesy rynkowe, kierunkując je ku stopniowej poprawie sprawiedliwości wymiennej. (Za chwilę przybliżę ten problem)

Zupełnie czym innym będzie konkurowanie, gdzie życie ludzi obraca się wokół nie dającej się zaspokoić chciwości, co następnie przenosi się na relacje międzyludzkie. Taki też kształtuje się rynek, który następnie oddziałuje na zachowania ludzi, jeszcze bardziej chciwość rozbudzając. Tu konkurowanie oznacza tyle, co uzyskać jak najwięcej pieniądza, to zaś oznacza, by wyzyskać innych. Zawsze jest tak, że występuje jakaś suma (wartość sumaryczna) wszystkich zarobków, która z miesiąca na miesiąc jest mniej więcej zbliżona. Jeśli więc pewnej grupie podmiotów zarobki rosną, to muszą maleć innym podmiotom. Zawsze działa przenoszenie, tzn, że np. moja strata oddziała ujemnie na innych, którym teraz nie dam o ilość tej straty zarobić; później następni mniej dadzą zarobić następnym, itd. Lecz jeśli ja straciłem, to ktoś inny zyskał, który może dać (lecz nie musi) więcej zarobić innym podmiotom. Nie musi dlatego, gdyż może ten pieniądz zamrozić w kieszeni, lub przeznaczyć jako kapitał do dalszego zwiększania swych zarobków, co dalej będzie oddziaływało ujemnie na zarobki innych podmiotów. Tam gdzie chciwość motorem działań, tam musi ubywać zarobków większości ludzi na korzyść bardziej chytrej mniejszości; traci tu praca zyskuje kombinacja. Nawet w tej dominującej mniejszości trwa walka o pieniądz i zyskuje to co najbardziej przebiegłe i najbrutalniejsze.

Co więc się stanie, gdy po jednej stronie ustawieni są łotry i zbrodniarze, a po drugiej waleczna uczciwość? To dopiero prawdziwa wojna!

Aktualny stan jest taki, że to co uczciwie pracowite jest gnębione bez żadnego oporu. To też konkurowanie… .

Tak więc w rynku spotykają się wszystkie cele wszystkich podmiotów, nie tylko materialne, lecz również moralne i duchowe, indywidualnie i zbiorowe, różne metody wspólnego działania, itd. Aktualny stan rynku wyznacza aktualny wynik walki rozgrywającej się w nim, który jest jej frontem.

Aktualny stan rynku wyraża wypadkową wszystkich celów ludzkich. Każdy zaś cel, każde podążanie ziemskie, to gonitwa za szczęściem. Zatem rynek jest wypadkową tych podążań ludzkich za szczęściem właśnie.

Mówiąc o podmiotach i przedmiotach, trzeba to ująć tak, że w pełni podmiotami są tylko te, które są świadome tego co się rozgrywa w rynku, waleczne. Musimy mieć świadomość, że jeden podmiot (lub wiele ich) może być przedmiotem w rękach innego podmiotu; może być uprzedmiotowiony. Nie ma takiego uprzedmiotowienia tylko wtedy, gdy wymiana jest sprawiedliwa, co oznacza prawidłowo funkcjonujący rynek. W przeciwnym przypadku, jeden drugiemu służy jak niewolnik, świadomie lub nie. Mówiąc językiem ekonomii, jeden drugiemu jest kapitałem, czyli środkiem osiągnięcia niesłusznego zarobku. (Zaraz do tego tematu wrócę) Straty, czyli mniejsze zarobki, wytwórcy przeniosą się na mniejsze zarobki innych pracujących i tak wszyscy się nawzajem uprzedmiotowiają. Zaś niesłuszny zysk przynosi następne zyski, a stratę pracujących… i tak uprzedmiotowianie postępuje. Współcześnie już nawet całe narody i państwa stały się własnością łotrów – ich przedmiotami, którymi się bawią.

Niekończące się zyski-rabunki dominującej garstki oznaczają ciągle zaniżane zarobki ludności pracującej, a zawyżone dlań ceny produktów. To oznacza, że nawet tymi swymi zaniżonymi zarobkami dostarczamy złodziejom jeszcze dalszych zysków, które zawierają ceny tych produktów. Po prostu czynimy obiektywne zło płacąc za cokolwiek, np. chleb. Aż tak nieprawidłowo może funkcjonować rynek i tak niestety współcześnie funkcjonuje, oraz aż do tego celu może być sprowadzona konkurencja, i tym też niestety aktualnie jest.

Tak więc, zarówno rynek, jak i konkurencja mogą być błogosławieństwem, jak też i przekleństwem. (Zależy z której strony oceniając…)

Dlatego podstawowa walka o sprawiedliwość musi się toczyć o prawidłowość funkcjonowania rynku. Potrzeba ku temu właściwej metody wspólnego działania, taktyki działania. A nic dobrego nie stanie się bez walki.

Stan całości rynku w czasie oznacza stałość cen, ich wzrost, albo spadek. Możliwe są zatem tylko trzy stany rynku: równowagi, inflacji, deflacji.

Inflacja i deflacja różnie oddziałują na poszczególne części rynku i różne powodują zmiany relacji międzyrynkowych wewnątrz całości, czyli różne fluktuacje. W interesie uczciwych ludzi musi leżeć, by te zmiany były ku dobremu, by zyskiwała praca kosztem spekulacji. Oznacza to, by była inflacja w rynkach dóbr, kosztem deflacji w złach.

Tak naprawdę, w kontekście przedstawionych celów, cała walka w pierwszym rzędzie idzie o to, by narzucić całemu rynkowi korzystny sobie stan, inflacyjny lub deflacyjny. Otóż w dobrym kierunku, ku postępującej sprawiedliwości, oddziałuje inflacja w całości rynku. (Mam na myśli inflację umiarkowaną, nie hiperinflację) Stan ten przynosi korzystne fluktuacje wewnętrzne, sprzyjając pracy, której po prostu przybywa pieniądza, co następnie przeniesie się na postęp etyczny ludzi. Trudniej wtedy zarabiać cwaniactwem i spekulacją. Gdy zaś zyskuje praca a traci hochsztaplerka to przybywa pracujących, co jest tym więcej rozwojowe dla gospodarki państwa. Trudniej też wtedy o zyski monopolistyczne, bo trudniej narzucać zaniżone zarobki pracującym; łatwiej zarabiać na swoim, przybywa więc samodzielnych podmiotów gospodarczych. Mniejsze podmioty przestają być zależne od molochów, oraz od łaski urzędników. Ciągle rośnie zapotrzebowanie na usługi, zatem i na dostarczycieli. Sytuacja taka ułatwia organizowanie się oddolne na każdym polu. Gdy rynek w inflacji, łatwiej o etykę w relacjach gospodarczych, która ma wtedy łatwiej konkurować z kłamstwem i obłudą. Łatwiej też wytworzyć z siebie siłę polityczną, która następnie będzie kontrolować rynek, by nie wypaczał. Tak wszystko zmierza ku postępowi moralnemu – inflacji dobra a deflacji zła.

Gdy rynek w inflacji, końcowym efektem będzie pojawienie się braku rąk do pracy. Choć może się wydawać, że inflacja powoduje bałagan cenowy, przez to brak spokoju, to jednak tak nie jest. Ludzie mają spokojny żywot, gdyż wtedy nikt nie jest zagrożony brakiem możliwości zarabiania, zaś zarobki pracujących wzrastają i stają się coraz bardziej obiektywne, czyli coraz sprawiedliwsze. W tych warunkach łatwej oddziaływać ku dobru ogólnemu i potędze politycznej.

W czasie inflacji tracą tylko hochsztaplerzy i nieroby. Będą tracić nie tylko zarobki, lecz i stan posiadania, gdyż przegrywać będą konkurencję z pracą. Po prostu rynek w umiarkowanej inflacji w konkurowaniu sprzyja dobru i tylko tym sposobem wszystko może zmierzać ku ideałowi, o którym cały czas mówimy.

(Zagadnienia inflacjo-deflacyjne są dokładniej opisane w zamieszczonym obok wykładzie „Krótki kurs ekonomi dla każdego”)

Jednakże ażeby narzucić taki korzystny stan rynkowi potrzeba wpierw potężnej siły politycznej, na którą jak najprędzej trzeba nam się zdobyć, w przeciwnym wypadku będziemy ginąć, aż całkowicie zostaniemy zniszczeni. Zaczynać trzeba od uczenia się. Jakakolwiek wolność ludzi jest zagrożeniem dla łotrów panujących nad światem, dlatego nie ustają w zniewalaniu narodów. Trochę jeszcze nam tej wolności zostało, ale niewiele, dlatego trzeba się śpieszyć… .

Natomiast rynek w deflacji oddziałuje w przeciwnym kierunku, takim jak to widzimy na co dzień. Jest to realizacja polityki ekonomicznej całkowicie wrogiej jakiemukolwiek dobru. Tam gdzie deflacja, tam jako ostatni skutek pojawia się bezrobocie, co do którego trzeba odróżnić skutkowanie małej deflacji od trochę większej. Duża deflacja oznacza duży ucisk pracy ludzkiej, co się przejawia w bezwzględnym bezrobociu (bankructwie pracujących), przy równoczesnym nierównomiernym obniżaniu zarobków (jeszcze) pracujących. Natomiast deflacja niezbyt wysoka nie będzie przynosić dużo bezwzględnego bezrobocia, głównie obniżać się będą zarobki pracujących, przy tym bardziej równomiernie wszystkich.

W tym miejscu uprzedzam wątpliwości niektórych Czytelników, co do przedstawionej analizy skutkowania stanów rynku w inflacji i deflacji. Możliwe są stany, zarówno inflacji, jak i deflacji, bezwzględnych, jak i względnych, czyli pozornych, co utrudnia trafną ocenę. Współcześnie mamy nasz rynek w takiej właśnie pozornej inflacji, zaś bezwzględna jest deflacja, wraz całymi skutkami, jak to przedstawiłem. Jest to zwykły stan narzuconej nam kapitalistycznej metody ekonomicznej, taktyki walki z nami. Dlatego trzeba oceniać sytuację na podstawie skutków. Jeśli skutki są deflacyjne, tzn, że tak jest.

Zagadka ta wymaga wyjaśnienia, ca niebawem uczynię. Nadmieniam tylko, że są to największe tajemnice łotrów panujących nad gospodarkami państw.

Wcześniej jednak trzeba nam się zatrzymać nad zagadnieniami pieniężnymi.

Najogólniej ujmując, pieniądz jest środkiem wymiany. Jego zadaniem jest wymianę ułatwiać. Jeśli mówiłem, że celem ekonomii jest dostarczyć wiedzy, ażeby wymianę dóbr czynić sprawiedliwą, oraz, że wymiana transakcyjna tworzy rynek, a wiedza ekonomiczna równoznaczna jest z wiedzą o prawach wymiany rynkowej, to teraz trzeba jeszcze dopowiedzieć, że wiedza ekonomiczna jest wiedzą o pieniądzu. Jeśliby nie było pieniądza, nie byłoby i ekonomii.

Pieniądz mierzy wartości przedmiotów rynku, zatem mierzy i stosunki cenowe jednych rzeczy do drugich, w tym wartości poszczególnych prac; mierzy również zmiany cen i relacji cenowych. Poszczególne rzeczy są sobie, jedne dla drugich, wartościami, a mierzy te stosunki cenowe właśnie pieniądz.

Oznacza to tym samym, iż poprzez pieniądz ustala się aktualny wynik walki ekonomicznej w rynku. Dzięki funkcji pieniądza miernika wartości możemy zauważyć tę wojnę, poznać aktualny wynik, ale też i my możemy możemy używać pieniądza do walki o sprawiedliwość wymienną – jako broń. Każda metoda ekonomiczna, taktyka walki rynkowej, to nie co innego, tylko odpowiedni do celu sposób posługiwania się pieniądzem. Tu nie jest możliwa neutralność, gdyż każdym jego wydatkiem jakoś oddziałujemy, albo ku wzrostowi ogólnej sprawiedliwości wymiennej, albo ku spadkowi. W tej wojnie uczciwi ludzie muszą traktować pieniądz jako środek walki o sprawiedliwość i umiejętnie stosować to narzędzie, w przeciwnym wypadku stajemy się, poniekąd na własne życzenie, grabionymi niewolnikami, do tego jeszcze narzędziami w czyichś rękach, które się umiejętnie posługują pieniądzem, dalszego grabienia wszystkich.

Pieniądz przenosi wartości. Gdy np. sprzedam swoją pracę, to mam jej wartość w formie pieniądza. Gdy później za ten pieniądz coś kupię, to ten, kto otrzymał mój pieniądz ma teraz wartość mojej pracy za swe dobro, które ja posiadłem. Pieniądz krążąc pomiędzy podmiotami nieustannie przenosi wartości przedmiotów pomiędzy podmiotami, sam też będąc przedmiotem rynku. Tak oto pieniądz jest pośrednikiem w wymianie rzeczy.

Z natury rzeczy pieniądz przenosi wartości w przestrzeni, pomiędzy jednym podmiotem a drugim, często znajdującymi się odlegle od siebie; następnie przenosi wartości w czasie. Bywa ze są to okresy krótkie, bywa, że wieloletnie. Stąd bierze się funkcja przechowywania wartości. Pieniądz może być jakby zmagazynowanymi dobrami, tymi za które go otrzymaliśmy, oraz potencjalnie tymi, za które go kiedyś możemy wymienić. Można też pieniądz przekazać następnym pokoleniom. Tyczy to zarówno osób, jak i np. państw.

Miejmy też na uwadze, że pieniądz przechowa również ukradzioną wartość… .

Jako że rynek jest frontem walki, poprzez pieniądz przenoszą się oddziaływania i wpływy podmiotów walczących. Gdy postępuje niesprawiedliwość, wraz z nią niszczeje i etyka ludzi; może się też dziać w przeciwnym kierunku. Wszystko to też przenosi się za pomocą pieniądza. Tak więc, nawet w oddziaływaniach etyczno-duchowych pieniądz ma możność być pośrednikiem i bywa wykorzystywany ku temu przez świadome podmioty. Musimy o tym wiedzieć i sami też czynić pieniądz swym narzędziem walki duchowej.

W działaniach ku złu, dominujące podmioty starają się zachować wiedzę ekonomiczną dla siebie, zarazem szerzonymi błędnymi teoriami tworzą zasłonę dymną. W działaniach zaś ku dobru konieczna jest jak największa świadomość podmiotów. A wszystko sprowadza się do wiedzy o pieniądzu.

Następnie potrzebne są autorytety i przywódcy, organizatorzy życia gospodarczego.

Pieniądz jest nie czym innym jak liczbą. Jest go wyemitowanego pewna ilość – 100% – który krąży pomiędzy podmiotami rynku. Czy fragmenty tej liczby są zapisane na blaszkach, czy na papierkach, czy tylko w komputerach banków, jest to bez znaczenia. To liczby krążą pomiędzy podmiotami i tylko to się głównie liczy, a nie w jaki sposób krążą. Konto w banku jest jakby osobistym portfelem, zaś bank to wspólna kieszeń dla właścicieli kont.

Ta wyemitowana liczba, jej fragmenty, różnie nazywane, np. złoty, lub dolar, krążąc trafia do rynku, tworząc tak jego stan aktualny i nieprzerwanie się aktualizujący. Ażeby się rozumieć musimy nauczyć się odróżniać pojęcia „pieniądz wyemitowany” od „pieniądz w rynku”. Ilość pieniądza wyemitowanego może być stała przez dany okres, jak analogicznie stała jest ilość krwi w organizmie, jednakże do rynku może go trafiać różna ilość w poszczególnych częściach tego okresu, co ma związek z szybkością krążenia, która też może być różna. Wyjdą wtedy różne wartości sumaryczne transakcji w pewnych równych odstępach czasowych, co oddziałuje odpowiednio na stan rynku – inflacyjnie lub deflacyjnie. Równocześnie zawsze mamy pewną ilość przedmiotów wymienianych za tę ilość pieniądza trafiającego w rynek. (Pamiętajmy, że rynkiem są tylko same transakcje) Ilość tych przedmiotów też może się zmieniać, co tym samym ma wpływ i na poziom cen i na jego zmiany.

Tak więc ceny wyrażają stosunek ilości pieniądza w rynku do ilości wymienianych zań przedmiotów.

Nadmieniam, że za pieniądz pożyczony stwarza się taki sam popyt co i za własny. Za kradziony pieniądz też jest popyt, jeśli ten pieniądz jest wydawany. Kradzieże i darowizny pozbawiają jedne podmioty możliwości zakupów, na rzecz innych. Nie rzadko występuje i to zjawisko, że pożyczany jest pieniądz wcześniej ukradziony. Najdokuczliwsze są kradzieże pieniądza jeśli ich przybywa, następnie, gdy ten pieniądz jest wykorzystywany jako środek do dalszych zysków. Dokucza to uczciwej pracy większości podmiotów, które są ograbione o tę rabowaną ilość pieniądza.

Gdy coraz więcej jest pieniądza pożyczanego, następnie wydawanego, stwarzającego nowy popyt, oznacza to szybszy obieg pieniądza. Zwiększa się tak dopływ wszystkiego pieniądza w rynek, co jest inflacyjne.

Tak więc, oprócz transakcji, pieniądz pieniądz może jeszcze przepływać pomiędzy podmiotami jako darowizny (i spadki) pożyczki, oraz kradzieże i grabieże.

Im szybciej krąży pieniądz, tym szybciej oddziaływania jednych podmiotów roznoszą się po innych. Najgorsze są wszelkie kradzieże pieniądza gdy ich ciągle przybywa, gdyż one się przenoszą i skutkują ciągle pogłębiającym się kryzysem w rynkach pracy. Ludzie mniej zarabiają, a rosną im ceny podstawowych dóbr. Ale to jeszcze nie wszystko, gdyż malejąca wartość pracy to nic innego jak rosnąca wartość pieniądza wobec niej, co jest z podwójną korzyścią dla jego właścicieli.

W rynku wszelkie oddziaływania pieniężne pojedynczych podmiotów przenoszą się po reszcie. Dlatego nie da się interweniować punktowo. Jeśli więc jednemu dużemu złodziejowi będzie przybywać pieniądza, co oznacza inflację w jego przychodach, to tracić będzie większość pracujących, co z kolei oznacza deflację w ich przychodach; jeśli zaś zyskiwać będzie uczciwa praca (inflacja), to tracić będą złodzieje i pasożyci, którzy z kolei będą mieć u siebie deflację wpływów. W takich przypadkach, funkcja pieniądza przenośnika wartości oznacza przenoszenie również oddziaływań etycznych. Jeśli więc ma nastąpić kiedyś poprawa sprawiedliwości wymiennej, to stanie się to nie inaczej niż poprzez pośrednictwo pieniądza. Gdy nieuczciwi w jakiś sposób uzyskują coraz więcej pieniądza, np. poprzez zyski monopolistyczne, to te zyski ukryte są później m. in. w cenach produktów. W konsekwencji, każdy kto dokonuje zakupów dostarcza pieniądz w złodziejskie łapy. Po prostu zbiera pieniądz z rynku, który jest dobrem wspólnym, i przekazuje… mając tak oto współudział w złodziejstwie. Niestety ale takie są fakty. Współcześnie, każdy kto dokonuje jakichkolwiek zakupów opłaca zło. W ten sposób wszyscy obiektywnie jesteśmy złoczyńcami. W ramach narzuconego współcześnie systemu ekonomicznego nikt nie ma możliwości być uczciwym! A sprawia to właśnie funkcja pieniądza jako przenośnika wartości, wykorzystywana ku podłemu celowi.

Mamy już wyjaśnione, jako cały rynek w inflacji oddziałuje korzystnie ku uczciwości i pracowitości, szkodzi zaś złodziejstwu i nieróbstwu; odwrotnie rynek w deflacji. Jedno lub drugie przenosi się na stan moralny podmiotów. Można wprost powiedzieć, że inflacja przynosi inflację dobra moralnego, deflacja zaś rynku powoduje inflację zła.

Inflacja bądź deflacja mogą być pieniężne, bądź przedmiotowe, w zależności od tego jaki jest główny czynnik je wywołujące. Ogólny poziom cen rynku to wypadkowa oddziaływań inflacyjnych do deflacyjnych. Oddziaływania następują od strony pieniądza trafiającego w rynek, oraz od strony przedmiotów wymienianych za ten pieniądz. Pieniądza może przybywać lub ubywać z powodu zwiększanej lub zmniejszanej ilości emisji, albo z powodu różnej średniej szybkości krążenia, czyli jakby wydajności wyemitowanego pieniądza. Aktualne ceny wyrażają ten stosunek ilości pieniądza trafiającego w rynek, do ilości przedmiotów. Zmiany inflacjo-deflacyjne to zmiany tego stosunku w czasie. Jeśli więc będzie z jakichś przyczyn więcej przybywać w rynek pieniądza niż wymienianych zań rzeczy, to będziemy mieć inflację pieniężną. Natomiast jeśli to przedmiotów będzie ubywać, a nie pieniądza, lub przedmiotów szybciej niźli pieniądza, to będziemy mieć inflację przedmiotową. Analogiczne jest z deflacją, jeśli ubywa wpierw pieniądza to mamy deflację pieniężną. Jeśli zaś przybywa przedmiotów a nie ubywa pieniądza, lub wolniej ubywa pieniądza niż przybywa przedmiotów, to mamy deflację przedmiotową.

Jednakże to nie wszystko. Otóż aktualny stan inflacjo-deflacyjny rynku to wypadkowa napierających na siebie przyczyn, następnie rynek swym stanem oddziałuje na przyczyny tegoż stanu, często zmieniając ich siłę oddziaływań, co jakby znów, pośrednio oddziałuje na stan rynku. Stąd trzeba mieć na uwadze, że inflacja, lub deflacja, jakkolwiek wywołane, zawsze oddziałują i na krążenie pieniądza i na ilość przedmiotów, a nawet ich rodzaje. Wszystko to trochę komplikuje właściwe rozeznanie tego, co jest skutkiem a co przyczyną istniejącego stanu rzeczy. Są to jednak sprawy bardzo istotne.

Inaczej oddziałuje rynek w inflacji, inaczej w deflacji na przyczyny swego aktualnego stanu. Generalnie, inflacja w rynku oddziałuje jeszcze inflacyjnie, przyśpieszając ją; deflacja zaś jeszcze oddziałuje deflacyjnie. Są jednak zawsze pewne krańcowości, co oznacza, że nieregulowany rynek może się wahać, raz być w inflacji, różnej wielkości, innymi razy w deflacji, albo też w równowadze.

Znając skutkowania danych przyczyn jesteśmy w stanie utrzymywać rynek w pożądanym sobie stanie, podobnie jak aktualnie stan rynku jest taki, jakiego potrzebują faktycznie rządzący systemem finansowym w Polsce.

Inflacja oddziałuje jeszcze inflacyjnie, gdyż stan ten pobudza podmioty do szybszego obrotu pieniądzem, przez co jeszcze więcej go trafia do rynku. Z kolei deflacja oddziałuje przeciwnie na pieniądz, gdyż stan ten, oznaczając wzrost jego wartości względem dóbr, raczej zachęca do przetrzymywania go, przez co tym więcej ubywa go do wymiany i nadal spadają ceny.

Ale zarówno inflacja, jak i deflacja oddziałują też na przedmiotowe przyczyny swego stanu. Inflacja to rosnący popyt, co oznacza nie tylko rosnące ceny, lecz i więcej sprzedanych rzeczy, co oddziałuje deflacyjnie, hamując inflację. Z drugiej strony deflacja oznacza nie co innego jak kryzys rynku i nie tylko tanieją wówczas rzeczy, lecz jeszcze stopniowo ubywa sprzedaży (przedmiotów), co jest inflacyjne i spowalnia deflację. Ponadto deflacja przynosi ogromny głód pieniądza i jeśli nie jest celowo utrzymywana przez silne wrogie podmioty, to wzbudza w podmiotach zapotrzebowanie na kredyt, te zaś przyśpieszają obieg, co jest inflacyjne. Przed kryzysem deflacyjnym podmioty bronią się również dokonując więcej wymiany barterowej, co też jest inflacyjne, jeśli barteru przybywa.

(W tym omówieniu pominąłem oddziaływanie hiperinflacji. Jej skutkowanie można znaleźć w wykładzie: „Krótki kurs ekonomii dla każdego”)

Rynek naturalnie ciąży ku równowadze i ku sprawiedliwym stosunkom cenowym. Aktualnie widzimy tyle niesprawiedliwości, lecz samo to, że widzimy, to też dzięki pieniądzowi; widzimy tak stan walki i możemy ocenić siły. Aktualny stan rynku w pewnym sensie jakby mierzy ogólną sprawiedliwość ludzi, a nie wygląda to dobrze. Stąd nie może być innego wniosku jak ten, że ktoś ku temu celowi działa, odpowiednio używając pieniądza.

Najsilniej wpływają na stan rynku oddziaływania pieniężne. Natomiast o pieniądzu, jego ilości i obiegiem decyduje system bankowy. Oznacza to wprost, że aktualny stan rynku jest taki, jakiego sobie życzą decydenci bankowością.

Do tego kontekstu pasuje wypowiedź cytowanego już Friedmana, mówiącego, że: „Inflacja i deflacja zawsze były wywoływane polityką monetarną”. Tak że, nie ma przypadków, są tylko znaki.

Podsumuję te zagadnienia obrazem pewnego dziewiętnastowiecznego ekonomisty (którego nazwiska nie pamiętam), porównał on inflację do deszczu ożywczego, hiperinflację do burzy, zaś deflację do suszy.

Zagadnienia inflacjo-deflacyjne są kluczowe w ekonomii i bez ich rozumienia nie może być wiedzy i świadomości ekonomicznej podmiotów. Pora teraz zająć się zagadką, w jaki sposób się to dzieje, że jest inflacja (była przed niewielu laty wielka, później duża, teraz mała ale też jest) a skutki występują deflacyjne? I to nie tylko te gospodarcze, lecz również moralne. Dziczejemy po prostu, a nie mamy nawet świadomości, że ktoś nas takimi celowo czyni, metodą głównie ekonomiczną.

Odpowiedź jest krótka: To lichwa! Jest ona głównym składnikiem systemu zniewalania narodów, którą to zbrodniczą metodę określam jako lichwiaryzm. Krótko mówiąc, ten lichwiarski kapitalizm tym się głównie charakteryzuje, że widać inflację a skutki są deflacyjne – które też widać… .

W tej sytuacji musimy wpierw określić co jest lichwą, od czego zależy jej ilość, oraz jak ją mierzyć.

Lichwa to tzw „pożyczanie” na procent. Tak zwane, gdyż to nie pożyczanie, tylko handel pieniądzem, czyli biznes. Retorycznie pytam: jaka jest różnica, czy ja ukradnę złotówkę, czy mi ktoś tę złotówkę sam da jako zapłatę za użyczenie na jakiś czas pieniądza? Odpowiedź jest wiadoma. Jednakże gdy jest inflacja, wówczas pożyczkodawcy tracą gdy pożyczają bezprocentowo. Dlatego pożyczanie na procent równy inflacji jest zerooprocentowaniem. Procent ponad inflację jest lichwą.

Nie wyjaśniam teraz jak mają się utrzymywać banki, ale to nie jest kwestią.

Pojedyncze przypadki pożyczania na procent przez prywatne osoby są tym samym co kradzieżami. Lichwiarz taki nie jest szanowany. Ale i płatnik lichwy też nie jest bez winy. On jest analogicznie jak ktoś okradziony, który o swą stratę mniej da zarobić innym, ci następnym, itd. Nie stracił więc tylko ten co pożyczał i zapłacił lichwę, lecz wielu innych, zaś on stał się tylko przekaźnikiem pieniądza z rynku do złodzieja. Zwykły złodziej skradzione pieniądze wyda, dając komuś innemu zarobić, i tak pieniądz wróci do rynku, ale nie tyczy to lichwiarzy, którzy zdobyty lichwą zysk dalej sprzedają za lichwę. Tak więc nawet pojedyncza zapłata procentu jest szkodliwa społecznie na małą skalę. Dłużnik nie ma możliwości szkodzenia lichwą tylko sobie, zawsze jest to problem społeczny. Ale to jeszcze nie jest prawdziwy lichwiaryzm.

Pożyczanie na procent to sprzedaż-kupno pieniądza. Tak nam mówią. Jednak prawdziwa sprzedaż pieniądza występuje tylko w zwykłych transakcjach, gdyż kupno czegokolwiek, np. piwa, jest równocześnie sprzedażą pieniądza za to piwo. Natomiast pożyczanie na procent – a bardziej ściśle: płacenie lichwy – jest rabunkiem pieniądza z rynku, czyli rabowanie go podmiotom. Jeśli tych rabunków przybywa, to jest to oddziaływanie deflacyjne dla podmiotów rynku, zwłaszcza pracujących. Tak pieniądz sobie przepływa z rynku (czyli od wszystkich pracujących) do krwiopijcy lichwiarza.

Jednakże prawdziwe lichwiarstwo dopiero się zaczyna.

Lichwiarz pieniądz otrzymany jako procent od kredytu, znów pożycza na lichwę. Są to już procenty od procentów. Ja to nazywam lichwą właściwą. Z czasem większość kredytów udzielana jest już z tych zdobytych lichwą sum, których nieustannie przybywa.

Część kredytów jest zaciągana na obsługę, czyli na odsetki od poprzednich. Lichwiarzowi nigdy nie zależy na zwrocie sumy na czas, wręcz przeciwnie, na lichwie mu zależy… i na zlicytowaniu majątku dłużnika.

Lichwa to głównie problem moralny, o tragicznych skutkach społecznych.

Płacenie odsetek to płacenie za nic. Lichwiarz może powiedzieć, że nikogo nie zmusza do zaciągania kredytów, więc w czym problem? Otóż samo pożyczanie jest czymś dobrym i jeśli pożyczanego pieniądza w skali całego rynku przybywa, to zwiększa się popyt. Pieniądz przyspiesza krążenie, przez co przybywa go w rynek, co jest inflacyjne, więc korzystne. Ponadto, często występują u ludzi konieczności pożyczki, np. z przyczyn losowych. Trzeba tu podkreślić, że jeśli tego lichwiarstwa przybywa, co jest deflacyjne dla rynku, zwłaszcza dla rynków pracy, co oznacza jej zaniżaną wartość, powoduje to coraz większy głód pieniądza i napędza klientelę do lichwiarzy. Weźmy też pod uwagę, że stosunkowo mało jest pieniądza w obiegu, w odniesieniu do wartości transakcji, zatem i w odniesieniu do lichwy ten stosunek się zmienia na korzyść lichwy, której przybywa ciągle, co więc by było, gdyby ludzie zaprzestali pożyczać? Aktualnie pieniądza wyemitowanego jest dużo mniej niż pieniądza uzyskanego drogą lichwy, więc gdyby nie było nowych pożyczek, to wszystek wyemitowany pieniądz szybko by popłyną ku lichwiarzom, a i tak by go zabrakło do spłaty samej tylko lichwy, nie licząc sum kredytów. Lichwiarstwo to absurd! Ludzie pożyczają (kupują) pieniądz na procent, bo nie mają innej możliwości pożyczenia, gdyż lichwiarze zdominowali bankowość do tego stopnia, że nawet całe państwa mają swych kieszeniach.

Pojawiają się pytania, jak mierzyć lichwę i od czego zależy jej ilość?

Samo realne oprocentowanie to procent przewyższający inflację rynku. Ale to nie jest tak, że im wyższe oprocentowanie tym więcej lichwy. Lichwę należy brać całościowo przy ocenie, czyli każdą złotówkę przez kogokolwiek zapłaconą, w tym przez państwo, w danym czasie. Zatem nie liczy się tylko realna (ponad inflację) wielkość stopy procentowej, lecz równocześnie ogólna suma pożyczanych pieniędzy na dany procent. Od 1000 zł na 1% zysk wyniesie 10 zł, ale od 100 zł na 10% uzyskamy też 10 zł zysku. Gdy jest duże oprocentowanie, to coraz więcej, a jeszcze przyśpieszająco, progresywnie przybywa zysków lichwiarskich (lichwy właściwej), pożyczanych znów na procent, i tak bez końca. Ale liczy się też ilość pożyczanych pieniędzy. A więc suma pożyczonych pieniędzy, razy stopa oprocentowania (pomniejszona o ilość inflacji) da nam ilość lichwy. Następnie tę wartość sumaryczną wpłacanej lichwy porównujemy, bądź z wartością sumaryczną wszystkich pozostałych transakcji, bądź z zsumowanymi zarobkami ludzi i odpowiednio porównujemy, obserwując zmiany tych relacji w czasie.

Gdy coraz więcej pieniądza służy lichwiarstwu, to coraz mniej wymianie rzeczy, która by tak stopniowo wręcz zamierała. Ludzie by coraz mniej zarabiali, co więcej, byłoby coraz więcej bankructw, tym samym przybywałoby podmiotów wcale nie zarabiających i w rezultacie nie byłoby komu płacić lichwy. Dlatego obniżanie oprocentowania, w odpowiednim stosunku do rosnącej sumy pożyczanych pieniędzy, nie zmniejsza zysków lichwiarskich; przede wszystkim jest komu lichwę płacić.

W systemie finansowym państwa wszystkie banki są jakby jednym bankiem, gdyż bankowość to system naczyń połączonych. Doliczyć trzeba i parabanki, oraz wszystkie inne lichwiarstwa. W lichwiaryźmie bankowość to taka pompa ssąco-tłocząca, która zasysa pieniądz, np. lokaty, spłaty rat i lichwy, który następnie pompuje w rynek jako kredyty. Wraz z rosnącym zadłużeniem coraz więcej pieniądza krąży jako pożyczka i spłata pożyczki wraz z lichwą. Ciągle tak przybywa sum pieniądza z lichwy, pożyczanego znów na lichwę, a tylko pomiędzy tymi kierunkami pieniądz krąży pomiędzy podmiotami, pośrednicząc w wymianie dóbr. Długi ogólne rosną, zaś dla podmiotów rynku, zwłaszcza tych pracujących, pieniądz staje się coraz trudniejszy do zarobienia.

W tym miejscu przypominam zdanie Balcerowicza, który będąc ministrem finansów mówił, że (dla ludzi) „pieniądz musi być trudny” (do zdobycia).

Ażeby pieniądz nie był za bardzo trudny i by nie było zbyt wiele bankructw, lichwiarze, jak powiedziałem, zmniejszają oprocentowanie, ale równocześnie część zysków lichwiarskich puszczają w rynek, np. na wykup nieruchomości. Z ich punktu widzenia, w zależności od sytuacji danego państwa, które okupują, należy jak najwięcej przechwytywać dóbr należących do narodu, by zmonopolizować ich własność. Jednakże jeśli dużo pieniądza będą wydawać na ten wykup, to może się okazać, że wpływów z lichwy będzie mniej od tych wydatków, co jest bezwzględnie inflacyjne dla rynku, bardzo im niekorzystne. Do tego część pieniędzy wydają, puszczając tak w rynek, na utrzymanie systemu, np. wypłaty pracowników, biura, etc. a też są to poważne wydatki. Ponadto inflacja oznacza malejącą wartość pieniądza wobec dóbr, co jeszcze bardziej jest niekorzystne lichwiarzom. Wszystko to biorą pod uwagę lichwiarze ustalając poziom stopy procentowej tak, ażeby utrzymać stosunek ilości wpływów z lichwy do wydatków taki, jakiego potrzebują.

Należy tu zwrócić uwagę, że każde wpłacane odsetki (lichwa) już w momencie wpłaty stają się zagrabionym czyimś dobrem w ich łapach, których pieniądz jest zamiennikiem (ekwiwalentem), jednakże póki lichwiarz tych pieniędzy nie wyda (nie wymieni) na konkretne dobro, to na razie ma tylko samą wartość dóbr, jeszcze nienależących do niego. Gdy wartości sumarycznej lichwy, w stosunku do wartości sumarycznej pozostałych transakcji, przybywa, oddziałuje to deflacyjnie na rynek. Dobra wtedy tanieją i są łatwe do kupienia, zaś pieniądz jest drogi i „trudny”dla podmiotów pracujących. Lichwiarze więc mają dużo drogiego i drożejącego ciągle pieniądza, a tanie dobra, zaś „nielichwiarze”, czyli my, by coś kupić, np. mieszkanie, lub by uruchomić przedsiębiorstwo, mają drogi pieniądz z banku, do tego drogo oprocentowany. Spłacając te kredyty dłużnicy oddają lichwiarzowi część zarobków (albo i całe…). Te wpłaty lichwy przenoszą się na większość ludzi, co oznacza, że de facto wszyscy ją płacą. I tak to działa we „rzeczyposolitych kredytowych”, za pomocą lichwy pieniądz przenosi własność ludzi na złodziei… rękami ich samych.

Powtarzając, jeśli płaconej lichwy, w stosunku do pozostałych transakcji, w tym i zakupów dokonywanych przez samych lichwiarzy, przybywa, to mamy deflację; jeśli stosunek ten się nie zmienia, to nie ma stąd oddziaływań inflacjo-deflacyjnych; jeśli zaś lichwy ubywa w stosunku do pozostałych transakcji, to mamy inflację. Znamy negatywne skutki społeczne deflacji, zaś inflacja jest niekorzyścią dla lichwiarstwa. Pieniądz krążący między dłużnikiem a lichwiarzem staje się martwy dla wymiany rynkowej, jeśli więc przybywa lichwy, to ubywa pieniądza w rynku rzeczy. Wszystko wtedy tanieje, a najgorzej na tym wychodzą pracujący i chcący pracować. Deflacja zawsze jeszcze oddziałuje deflacyjnie, potęgując skutkowanie lichwy. (Klasycznym tego przykładem był tzw. Wielki Kryzys lat trzydziestych XX wieku) Rynek wtedy kurczy się, ludzie coraz mniej zarabiają i w rezultacie nie ma komu tej lichwy płacić. Banki mogą jedynie licytować zabezpieczenia.

Jednakże banksterzy nie dopuszczają do tego. Mając władzę emisji pieniądza, dozują go tyle, by utrzymywać rynek rzeczy w widocznej inflacji, zazwyczaj niedużej, natomiast w rynku lichwy – bo to nie co innego jak też rynek – inflacja jest sporo większa. Rynek rzeczy i rynek pieniądza (lichwiarstwo) to tylko dwie części całości. Cóż więc z tej małrj inflacji w rynkach rzeczy, gdy ilość lichwy rośnie znacznie szybciej, oddziałując w skutkach deflacyjnie na te rynki. Zatem jest pozorna (względna) inflacja, zaś bezwzględna deflacja w rynku wszystkich rzeczy (oprócz lichwiarstwa). No i stąd mamy te skutki deflacyjne, które obserwujemy na co dzień, mimo widocznej pozornej inflacji. A skutki deflacyjne to malejące zarobki pracujących, zaś rosnące różnemu hochsztaplerstwu i pasożytnictwu. Są to niekorzystne fluktuacje (zmiany) wewnątrzrynkowe spowodowane lichwą (jej przyrostem).

Deflacja w ramach pozornej inflacji znacząco różni się w skutkowaniu od deflacji klasycznej, wcześniej omówionej. Zwykła deflacja oznacza jakby duszenie organizmu. Wtedy życie gospodarcze stopniowo zamiera. Podmioty broniąc się przed jej skutkami generują coraz więcej wymiany rzecz za rzecz (barter), oraz coraz więcej zakupów z opóźnionym terminem zapłaty, co ją spowalnia i łagodzi skutkowanie. Natomiast przy deflacji w ramach względnej inflacji to duszenie jest kontrolowane, tak, żeby organizm był słaby ale jednak funkcjonował. Mówiąc obrazowo, żeby kura niosła jajka jak najtaniej, ale żeby nie zdechła. Wymiana dóbr wtedy wcale nie zamiera, raczej jej przybywa, tyle tylko, że cały czas traci uczciwa praca; równocześnie ubywa prac moralnych na rzecz wątpliwych moralnie, lub niepotrzebnych, stąd szkodliwych społecznie. Pozorna inflacja powoduje, że podmioty pracujące, słabe i ciągle osłabiane, dźwigając najrozmaitsze ciężary (ukryte bezrobocie, zyski hochsztaplerskie, monopolistyczne, etc.) muszą ciągnąć wóz z lichwiarzem, do tego biegiem. Jak szybko? – to już zależy od ilości tej pozornej inflacji, która jest równocześnie zasłoną dymną tej perfidii.

Sprawując zatem kontrolę nad bankowością, mogą banksterzy odpowiednio regulować proporcje ilości płaconej lichwy do wartości sumarycznej pozostałych transakcji. Równocześnie dozując odpowiednią ilość emisji pieniądza utrzymują stan rynku rzeczy, co do inflacji pozornej, taki, jaki im najbardziej korzystny. Regulując odpowiednio ilość emisji i stopy procentowe, mają banksterzy coś jakby lejce w ręku i gonią nas gdzie chcą byśmy ich ciągnęli. Mogą co jakiś czas trochę mocniej obciążyć, wówczas mamy to co nazywane jest kryzysem gospodarczym, jak też i przyśpieszać bieg, lub spowalniać. Najgorzej jest w czasie dużej deflacji w ramach dużej inflacji względnej. (Tak było na początku lat dziewięćdziesiątych) Pozorna inflacja jest jakby batem obozowego kapo, goniącego niewolników do roboty, równocześnie zasłoną dymną by nie było widać metody rabowania ludzi, zwłaszcza, by nie dowiedzieli się czym w istocie jest lichwa i jak działa cały lichwiarski kapitalizm.

Prawie każdy pracujący widzi tę potworną niesprawiedliwość, czuje, że jest okradany, ale nie wie jak to się odbywa. Stąd nie jest w stanie się przeciwstawić. Propaganda ukazując przykłady zamożności pewnych osób okłamuje, że każdy w tym systemie może być bogaty. Biegniemy więc jak pies za pętem kiełbasy uwiązanej na kiju tuż sprzed nosem… . Zamiast wzrostu zamożności większości ludzi, przybywa jedynie frustracji, chorób psychicznych i samobójstw. O bogactwie pozostają tylko marzenia.

A więc lichwiarstwo absolutnie wypacza rolę pieniądza, który zwyczajnie, sam z siebie, działa wyrównująco, czyli prosprawiedliwościowo i dobrotwórczo. Jednakże w kapitaliźmie-lichwiaryźmie to co dobrego czyni i może czynić pieniądz, jest podporządkowane podłemu celowi.

Przytoczę tu zdanie pewnego rabina wypowiedziane już pod koniec XIX wieku, który mówi ni mniej, ni więcej: „Praca w kapitaliźmie jest niewolnym sługą spekulacji”. I jest to prawdą.

Oczywiście, cała kapitalistyczna metoda zniewalania to jeszcze otoczka prawna, zabezpieczenie polityczne, propagandowe, etc, aż po militarne. Jednakże najlepszym zabezpieczeniem jest im zdemoralizowane społeczeństwo, zatomizowane. Są to środki chroniące łotrostwo i pilnujące zdobyczy.

Nie jest możliwe tak bardzo wypaczyć pieniądz bez bankowości, równie wypaczonej.

Lecz cóż to jest bankowość? Nie jest bankowością pożyczanie komuś swoich pieniędzy. Np. jeśli kolega koledze pożyczy pewną sumę, której mu brakuje do zakupu samochodu, to nie jest to bankowość. Jeśli tenże kolega pożyczy na procent, to będzie to lichwiarstwem, lecz jeszcze nie bankowością. Otóż prawidłowo, bankowość jest pośredniczeniem między oszczędnością a kredytem. Jedni mają zapas pieniądza a inni deficyt i potrzebują pożyczyć jakąś sumę. Bank wchodzi pomiędzy nich, jako pośrednik. Zbierając oszczędności, następnie posyłając je do pożyczkobiorców, przyśpieszają tak banki krążenie pieniądza. Jeśli pożyczanego pieniądza przybywa, jest to oddziaływanie inflacyjne na rynek i prorozwojowe dla społeczeństwa, gdyż, jak było mówione, za pożyczone stwarza się taki sam popyt co i za swoje.

Współcześnie, drugą funkcją wyznaczoną bankowości jest pośredniczenie w transakcjach. Dziś można robić zakupy nie mając grosza w kieszeni. Kieszenią jest konto w banku. Pieniądz elektroniczny ułatwia zwłaszcza duże transakcje. Nie jest to jednak główne zadanie bankowości.

W kapitaliźmie banki mają całkiem inne zadanie, niż służebne wobec ludzi – one mają za zadanie jak najwięcej kraść i rabować, tym sposobem dostarczając zysków właścicielom. Im zaś mniej krąży pieniądza w postaci banknotów i monet, a więcej elektronicznego, tym szybsze będzie krążenie… i tym skuteczniej niestety mogą łotry za pomocą banków gnębić ludność. Dlatego to, co wydaje się być dobrym działaniem banków – np. pośredniczenie między oszczędnością a kredytem, czy między sprzedawcą a kupcem, pieniądz elektroniczny – podporządkowane jest złemu celowi. Współcześnie bank jest lichwiarzem, cała zaś działalność banków lichwiarstwem. Wszystko jest tu podporządkowane wyzyskowi ludzi – poprzez procenty, czyli lichwę.

W prawidłowo działającym systemie bankowym ilość udzielanych kredytów nie będzie większa od oszczędności. Raczej mniej, gdyż kredytobiorca powinien na swe barki brać ciężar utrzymania banków, np. w formie prowizji bankowej. Ewentualnie jeden bank może pożyczyć od drugiego, by mieć więcej aktywów, jeśli ma zapotrzebowanie na kredyt większe od lokat.

Dysponuję danymi statystycznymi spółdzielni oszczędnościowo-kredytowych systemu Raiffeisena. Z końcem 1913 roku spółdzielcy mieli wkładów 2,25 miliardów ówczesnych marek, a 2,10 miliardów na pożyczkach. Nietrudno się domyśleć, że różnica – 150 mln marek – poszła na koszty utrzymania tych spółdzielni. Zupełnie analogicznie działo się w systemie polskich Kas Stefczyka.

Natomiast w lichwiarskim systemie kapitalistycznym ulokowane oszczędności ludzi są tylko malutkim procencikiem (być może, że nawet promilkiem…) łącznej sumy udzielanych kredytów. Banki pożyczają swoje własne aktywa, czyli wcześniejsze zyski zdobyte lichwą, zaś lokaty pieniężne w bankach mają za główne zadanie uwiarygadniać cały system, zatem i proceder lichwiarski. Tak naprawdę, dziś bankom wcale nie są potrzebne wkłady ludności do ciągnięcia lichwiarskich zysków, gdyż mają dość swoich zdobyczy, jednakże gdyby duży procent pieniądza wyemitowanego był przetrzymywany w pończosze, wówczas mniejsze by były możliwości uzyskiwania zysków lichwiarskich. Im szybciej krąży pieniądz w rynku, osiągając jakby coraz większą wydajność, gdyż rośnie tak sumaryczna wartość transakcji, tym szybciej też krąży pomiędzy rynkiem a bankami, za każdym razem przynosząc kolejne zyski lichwiarskie. A coraz więcej go trafia do banków również dzięki pośredniczeniu w transakcjach, gdyż wtedy dużo nawet bieżących zapasów ludności, np. wypłaty, znajduje się w systemie bankowym i tak banki dysponują większą ilością pieniądza wyemitowanego do uprawiania lichwy, nawet przy nie zwiększaniu w tym czasie emisji.

Równocześnie szybszy obieg pieniądza w rynku pomiędzy podmiotami szybciej roznosi straty jednych podmiotów – tych, które bezpośrednio wpłacają lichwę bankom – na barki pozostałych.

Tak więc musimy odróżniać bankowość od lichwiarstwa. Bankowość pośredniczy pomiędzy oszczędnością a kredytem, przynosząc dużo dobra społecznego, natomiast w lichwiarskim kapitaliźmie banki (i cała bankowość) są nimi tylko z nazwy. Tu banki pożyczają w większości swoje własne aktywa, zdobyte wcześniejszą lichwą, a jak już wiemy, pożyczanie swojego pieniądza nie jest bankowością sensu stricte. Zatem i banki nie są tutaj bankami. Gdyby jednak pożyczały tylko te swoje wcześniejsze zyski byłyby to po prostu niejako „czyste” lichwiarstwo, jednakże gdy do tego procederu podporządkowali dobre działania ludzi – lokaty oszczędności i pożyczanie – oraz dobre funkcje bankowe, to razem wychodzi nam z tego wyjątkowa perfidia, którą wręcz trudno opisać.

Jeśli wpłacanej lichwy przybywa, wówczas, poprzez oddziaływanie deflacyjne na rynek, zaniżane są zarobki pracującym. Jeśli teraz coraz więcej tych zaniżonych zarobków będzie przechowywana w bankach, to te będą miały jeszcze większe możliwości rabowania pracowników, nadal im zaniżając zarobki. To kolejny przykład rzeczy dobrej – pośredniczenie w transakcjach – przyporządkowanej złemu celowi.

Powodując deflację rynku – co przynosi fluktuacje wewnętrzne, niekorzystne dla pracujących – lichwiarze stwarzają korzystne warunki dla działań monopolistycznych. Monopole zaś przeważnie mają tego samego właściciela co i banki. Można powiedzieć, że lichwiarze i właściciele monopoli (wytwórczości i pośrednictwa, czyli produkcji i handlu) to braciszkowie syjamscy – potwór, który ma jedno serduszka a dwie głowy.

Niejako na marginesie nadmienię, że potwór ten, mając kontrolę nad wszystkim pieniądzem na świecie, znaczne zyski osiąga jeszcze cinkciarstwem. Choć są na świecie różne waluty, to tak naprawdę pieniądz jest jeden. Manipulując zmianami kursów walut łupią tak całe narody. Nie mówimy tu o jakichś pojedyńczych kantorach, tylko o problemie na skalę globalną i zaangażowaniu całego światowego systemu finansowego, w tym bankowości. Cinkciarstwo to jak szulernia.

Bliżej zainteresowanym polityką jest zapewne wiadome, że na czele tej światowej lichwo-oligarchii stoi kilka nazwisk – zamknięte grono rodów mających kontrolę nad wszystkim pieniądzem. Tzw. waluty wymienialne są własnością prywatną prywatnych banków. Prywatny jest bank centralny USA (Rezerwa Federalna), jak też prywatną własnością są Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Lokalne waluty i banki centralne poszczególnych państw są całkowicie podporządkowane międzynarodowemu lichwiarstwu – prywatnemu. W Polsce my Polacy nie decydujemy o niczym w zakresie swej polityki monetarnej.

Omawiane lichwiarstwo (również cinkciarstwo, hochsztaplerstwo i inne złodziejstwa) przeczy zasadzie, że zarabiać i dorabiać się majątków powinno się tylko pracą; czasem pracą wcześniejszych pokoleń. Tylko prawidłowo funkcjonujący rynek niejako rozdysponuje pieniądz pomiędzy podmiotami wedle sprawiedliwości. Prawidłowo funkcjonujący rynek to po prostu prawidłowy obieg pieniądza w nim. Państwo musi tę prawidłowość kontrolować i osłaniać. Interwencjonizm państwa musi mieć założenia głównie moralne, niejako osłaniające swobodę wymiany, co się równa swobodę obiegu pieniądza. Ideałem jest rynek w stanie równowagi, w którym nie ma przedmiotów niemoralnych. Gdy daleko do ideału, gdy wróg sprawiedliwości działa i niszczy, a zwłaszcza gdy ma przewagę, wówczas właściwa polityka finansowa państwa będzie polegać na utrzymywaniu rynku w umiarkowanej inflacji, gdyż stan ten, dowartościowując pracę, sprzyja oczyszczaniu wymiany z niemoralnych przedmiotów i oddziałuje na podmioty ku etycznym postępowaniom. Oczywiście, potrzebny jest jeszcze działający w tym kierunku aparat państwa, oraz prawo, np. zabraniające złych działań i ścigające przestępców odpowiednie służby. Tyko tak przybliżać się będziemy ku naszemu ideałowi.

Głównym narzędziem dobrej polityki gospodarczej jest bankowość. Zatem nasza walka w pierwszym rzędzie iść o to, by przywrócić bankowości prawidłowość, żeby bankowość była tylko – i aż! – bankowością, a nie lichwiarstwem, jak jest dotychczas. Jest to warunek sine qua non dla prowadzenia dobrej polityki. W pierwszym rzędzie trzeba dążyć do ustawowego zabronienia procederu lichwiarskiego – każdemu!

Zasadnicza kwestia w tej materii sprowadza się do ustalenia dla bankowości zadań, mianowicie, czy banki mają być tylko – i aż! – instytucjami pożytku społecznego, czy, jak to jest w systemie kapitalistycznym, przedsiębiorstwami zarobkowymi? Jeśli będziemy się godzić i pozwalać by banki zarabiały, to będą to robić, rabując lichwą pracę wszystkich. Do tego jeszcze wszyscy będą ich niejako wspólnikami w tym procederze, nawet jeśli większość nie ma grosza długu.

Nie jest kwestią kto jest właścicielem banków, czy to Żydzi, czy Polacy, czy może Eskimosi albo Pigmeje, nigdy nie dojdziemy do sprawiedliwości wymiennej – i sprawiedliwości społecznej tym samym – jeśli będzie przyzwolenie i zgoda ludzi na działania lichwiarskie. Nic nie daje, że ktoś nie bierze kredytu, gdyż jeśli ktokolwiek płaci odsetki, to inni również ponoszą tegoż konsekwencje, czasem może gorsze od samego dłużnika. Jeśli przybywa ogólnej sumy wpłacanych odsetek, to konsekwencje tego ponoszą wszyscy uczciwi, gdyż to głównie oni są wtedy uciskani.

Oznacza to, że wszyscy jesteśmy winni tej zbrodni, tyle tylko, że pośrednio. Bezpośredni winni to ci, którzy biorą kredyty na lichwę i następnie ją wpłacają; pośrednio winni są wszyscy inni, którzy cokolwiek kupują, gdyż lichwa, przez kogokolwiek wpłacona lichwiarzowi, zawiera się w cenach produktów. Tak więc, na dobrą sprawę, nikt nie ma możliwości uniknięcia skutków lichwy, płaconej przez kogokolwiek. Co gorsza, rynek w fazie deflacji bezwzględnej, spowodowanej m. in. przyrostem wpłacanej lichwy, pognębia podmioty pracujące i to one głównie ponoszą jej ciężar, nawet jeśli same nigdy nie pożyczały na procent.

Przez lichwę rzeczy rynku nie mają wartości naturalnych, obiektywnych; ceny dóbr, w tym pracy, są zaniżane, zaś wartości nabiera zło – oprócz „pracy” lichwiarza, np. hochsztaplerka, etc. Równocześnie wraz z upadkiem moralnym społeczeństwa, wartości nabierają przedmioty niemoralne; rośnie na nie popyt, co oznacza coraz większy odpływ ku nim pieniądza. To dodatkowo dotyka rynki dóbr.

Lichwiarstwo cały czas postępuje, co oznacza ciągłe pogłębianie się kryzysu ekonomicznego i społecznego, aż po upadek duchowy. Oznacza to jasną perspektywę dla każdego… . Tu nie ma możliwości bycia neutralnym, gdyż zawsze każdym wydatkiem pieniądza jakoś oddziałujemy. W istniejących warunkach narzuconego kapitalizmu nie ma możliwości nie szkodzenia dobru – i nie czynienia zła – wydając pieniądz na cokolwiek, choćby na chleb. Jeśli więc jesteśmy świadomi stanu rzeczy, to mamy obowiązek sumienia działać przeciw, w przeciwnym przypadku też jesteśmy złymi ludźmi. Bo co za różnica, czy ja stoję po stronie wroga bo tak chcę, czy tylko dlatego, że jestem tchórzem? Jako katolicy grzeszymy wtedy, gdyż obojętność wobec zła też jest złem.

Pytanie zatem, od czego mamy zaczynać? Odpowiedź jest prosta: wpierw trzeba nabrać właściwego stosunku do pieniądza! Ni mniej, ni więcej, trzeba go traktować jako środek czynienia sprawiedliwości.

Pieniądz ma być jedynie pomocą w wymianie, ma ją ułatwiać i nic więcej. Jeśli jednak jest wykorzystywany jako narzędzie do złych celów, to również ma możność być narzędziem ku dobru w rękach uczciwych ludzi. Dlatego drugą rzeczą którą mamy czynić, to nabierać wiedzy o pieniądzu i uczyć się nim posługiwać. Dopiero później można świadomie walczyć. Potrzebna też organizacja uczciwej waleczności, bo tylko w jedności i solidarności siła.

Dobra funkcja pieniądza jest tylko społeczna, nigdy zaś indywidualna, prywatna, co jest równoznaczne z tym, że nikomu nie może być pieniądz celem samym w sobie. Prawidłowo, pieniądz może mieć wartość osobistą każdego jedynie jako dobro wspólne, służące sprawiedliwości wymiennej i tym samym ułatwiające podmiotom funkcjonowanie w społeczeństwie, oraz dopomagające wzrostowi organizmu społecznego.

Prawidłowo, pieniądz ma rolę pomocniczą, służebną społeczeństwu, zaś bankowość jest pomocnicza względem funkcjonowania pieniądza. Można więc powiedzieć, że błogosławiona to rzecz, zarówno pieniądz, jak i bankowość.

Jednak w systemie kapitalistycznym, w lichwiaryźmie, role są odwrócone – tu złodziej zrobił z bankowości narzędzie rabunku pieniądza, aby poprzez pieniądz coraz mocniej zniewalać i zabijać ducha. Pieniądz środkiem wymiany jest tu tylko pomocniczo, głównie zaś środkiem przekazu własności ludzi na lichwiarza. Niestety, nawet sami ludzie i ich państwa są za pomocą pieniądza czynieni ich własnością. Pieniądz daje też możność by poprzez niego przenosić ducha zła w ludzi i łotrostwo czyni to. Uważam, że jest to główny cel ich działań, a metoda lichwiarsko-kapitalistyczna tylko środkiem do tego celu.

Można zatem powiedzieć, trochę uogólniając, że zakazując bankom procederu lichwiarskiego z automatu zmuszamy je do działań prawidłowych.

Potęga instytucji finansowych, czyli bankierów tak naprawdę, jest współcześnie tak wielka, że państwa, jak np. Polska, są de facto ich prywatną własnością, wraz z ludźmi, którzy jesteśmy sprowadzeni do roli niewolników. Więc i instytucje państwowe, cały aparat sprawowania władzy nad społeczeństwem, im służą. Państwa wobec światowej finansjery są słabe, a przede wszystkim są im powolne, zaś wobec obywateli państwa są silne i coraz silniejsze. Znamy choćby z mediów termin „silne państwo”, który oznacza właśnie siłę państwa jedynie nad nami. Dlatego słysząc zdania rodzaju „trzeba wzmocnić siłę państwa”, trzeba wiedzieć co oznacza ten gryps.

W takim silnym państwie konieczna jest silnie rozbudowana biurokracja.

Głównym narzędziem nadzoru nad zniewolonymi jest aparat skarbowy.

Dany system podatkowy może być w różnym stopniu moralny, lub też różnie niemoralny; również poszczególne podatki bywają rozmaicie moralnie skutkują. Najbardziej szkodliwie dla uczciwej pracy oddziałują, brane całościowo, podatki wysokie, gdy jeszcze nieustannie zwyżkują.

Przypominam, że ciężar podatków ponoszą tylko pracujący, czyli ta 10-cio milionowa mniejszość społeczeństwa państwa, niezależnie od tego kto je bezpośrednio wpłaca do skarbówki. Rosnące nieustannie podatki, czyli rosnący procent rabowanych zarobków, oznaczają malejące zarobki pracujących na nie; równocześnie drożeją im wytworzone dobra, jak np. żywność, czy prąd. Oznacza to ciągły kryzys w rynkach pracy, gdzie większości ludzi nieustannie maleją zarobki, a niektórzy wcale tracą możliwość zarabiania.

Ale cóż to przynosi w dalszym skutkowaniu? Otóż oznacza ciągle malejącą wydolność podatkową społeczeństwa. Ażeby więc utrzymać wpływy budżetowe na nie mniejszym poziomie znów trzeba podnosić podatki… które dalej osłabiają wydolność podatkową podmiotów pracujących. Jest to swego rodzaju perpetum mobile – niestety ku złu.

Właśnie taki system podatkowy narzucają swym obywatelom „silne” państwa, będące na usługach lichwiarzy i s-ki. Podatki mają być jak najwyższe, ciągle rosnące, a system ich poboru skomplikowany i ciągle zmienny. Przy czym zdecydowana jest przewaga podatków pośrednich, które najbardziej dotykają zarabiających poniżej tzw. średniej krajowej, a tych jest najwięcej. W parze z tym zdzierstwem podatkowym podąża potężny biurokratyzm, w tym ogrom instytucji kontrolnych.

Wszystko to dla tzw. „naszego dobra”.

Oddziaływanie systemu podatkowego na stan rynku jest analogiczne jak lichwy. Jeśli lichwy, czy podatków przybywa, oddziałuje to malejącą wartością pracy ludzkiej. A jeśli przybywa i lichwy i podatków równocześnie, to i szkodliwe oddziaływanie się potęguje.

Nieustannie rosnące podatki, oznaczające w konsekwencji niskie i malejące wpływy budżetowe, a to zmusza rządy do zaciągania kredytów. Ale ponieważ władze są całkowicie zależne od bankierów, a raczej wręcz ustanowione przez nich, więc tzw. dziura budżetowa jest celowo tworzona. I jest tak pretekst do zadłużania państw. Coraz bardziej to wszystkich pogrąża.

Tu jedna uwaga, otóż za pożyczane pieniądze, kupując cokolwiek, dostarcza się i podatków ukrytych w cenach, a część tych podatków trafi do banków, jako płacona przez państwo lichwa. Gdy to państwo pożycza, następnie rozsyła do podmiotów, np. na zapłaty budżetówki lub na zasiłki, to część tych pieniędzy otrzymanych z budżetu trafi wprost do banków gdy podmioty, wpłacając raty kredytów, płacą lichwę, a część trafia z powrotem do budżetu wraz z podatkami, z czego państwo zapłaci lichwę od zaciągniętych kredytów. To jeszcze jedno perpetum mobile, nakręcające zadłużenie. Gdyby nie lichwa, to z pożyczonych pieniędzy przybywałoby podatków budżetowi. takie perpetum przysparzałoby dobra.

Wszystkie te działania potwornie zaniżają wartość pracy, równocześnie wielokrotnie zaniżone zarobki są jeszcze coraz mocniej rabowane przez fiskusa. Dlatego rząd musi pomagać najuboższym, jednakże tej „pomocy” jest nikły procent wobec tego co rabuje. W każdej gminie mamy komórki zajmujące się tą pomocą. Jednakże, po pierwsze, przejadana jest tak bezużytecznie część podatków przez pasożytów na państwowych stołkach; po drugie, te pseudopomocowe działania skutecznie kamuflują tę omawianą perfidię, będąc listkiem figowym – pełnią więc rolę czysto polityczną.

Tak więc, w kapitalistycznej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć, lichwiarstwo, monopolizm i cinkciarstwo, oraz przeróżne hochsztaplerstwa, wespół z fiskalizmem tworzą spójną całość – narzędzie zbrodni garstki łotrów, którym zniewalają i niszczą duchowo cały świat. Za pośrednictwem pieniądza rządzą nawet wojnami i pokojem – nawet i na tym zarabiając.

Tak to urządzili, że mamy w tym i my udział, gdy cokolwiek kupujemy. Zazwyczaj też legitymizujemy to zło oddając swój głos wyborczy, przeważnie na ludzi związanych z tymi rządcami światem, lub też na nieświadomych głupców, których oni nazywają użytecznymi durniami.

Ktoś ten system stworzył i nim kieruje. Ktokolwiek nim jest, czyni to za pomocą pieniądza, którym po prostu umie się posługiwać, czyniąc zeń narzędzie zbrodni – i czyniąc nas nieświadomymi swymi narzędziami, niszczącymi samych siebie.

Jeśli działanie pieniądza nie jest celowo wypaczane, to jako środek wymiany oddziałuje on tylko dobrze; ułatwia ją i ciąży ku sprawiedliwym relacjom cenowym, jest dobrotwórczy. Jeśli mimo to rynek jest nie do końca sprawiedliwy, to tylko przez nieumiejętne się nim posługiwanie, lub przez celowe i świadome wypaczanie jego roli przez silne podmioty. Jednakże nawet wtedy rynek swym stanem jakby wyraża średni poziom sprawiedliwości i zarazem siłę moralną podmiotów – stosunek sił moralnych do antymoralnych. Pieniądz umożliwia zauważyć tę niesprawiedliwość, kierunek w którym wymiana zmierza, dobry lub zły, a przede wszystkim daje nam możność by był środkiem walki o poprawę tej „średniej” sprawiedliwości, jeśli tylko społeczeństwo, naród, będzie mieć wiedzę o pieniądzu – wiedzę teoretyczną stosowaną. No i jeśli będzie chcieć.

Pieniądz sam z siebie oddziałuje tylko pozytywnie. Ma jednak i swój minus: oddziałuje na psychikę, stąd i na wolę, ku chciwości go.

Gdyby nie było wymiany pieniężnej – gdyby w ogóle nie było pieniądza – czy umielibyśmy choćby pomyśleć, by obrabowywać swoich sąsiadów, czy inne osoby? Pracowalibyśmy, wytwarzali dobra i wymieniali je pomiędzy sobą. Już mówiłem, że przedmioty rynku są sobie wzajemnie cenami, więc gdyby nie było pieniądza, nie byłoby i cen (liczonych w cyfrach), lecz przedmioty byłyby wzajemnie dla siebie wartościami. Czy wtedy komukolwiek zależałoby na oszukiwaniu innych, by żyć ich kosztem?! Nie ma pieniądza to i nie ma jego oddziaływania na psychikę. Nie da też się wtedy okradać wszystkich w sposób niewidoczny.

Przy wymianie towar za towar też pojawi się pośrednik, który wciśnie się pomiędzy sprzedawcę a kupca, co nazywamy handlem, lub kupiectwem. Następnie opłacalność kupiectwa zachęca do zajmowania się tym sposobem zarobkowania. Dzięki kupiectwu następuje rozwój wymiany. Jednakże taka czysta konkurencja nie pozwala zawyżać zarobków kupieckich i w pośrednictwie następuje pewna równowaga; równocześnie wytwarza się pewna równowaga pomiędzy pośrednictwem (kupiectwem) a produkcją i usługami. Ustalają się tak mniej więcej stałe wartości przedmiotów i stosunki wartościowe pomiędzy nimi, co siłą rzeczy hamuje dążenia, nawet chciwych podmiotów, ku nieograniczonym korzyściom.

Jednakże tak, jak wymiana potrzebuje pośrednika, tak pośrednictwo, ażeby się rozwijać, też potrzebuje pośrednika… . Tak powstał pieniądz. Można zań wszystko nabyć, tylko, że trzeba go wpierw zdobyć. Jakaż stąd pokusa ku chciwości już prze samo tylko pojawienie się go!Konsekwencję tegoż wyjaśnił św, Paweł apostoł: „Chciwość pieniędzy jest korzeniem każdego grzechu” – pisze w liście do Rzymian. Zauważmy, że Święty nie mówi, że jest „przyczyną”, lecz „korzeniem” wszystkich grzechów, bo pierwszą i główną przyczyną każdego grzechu jest pycha. Jest więc problem: pieniądz ma być tylko pośrednikiem w wymianie dóbr, ale jeśli z chciwości będzie celem samym w sobie i zostanie opanowany przez najbardziej chciwych, to już znamy konsekwencje społeczne tegoż. Powstaje niesprawiedliwość, a ileż z niesprawiedliwości wymiennej powstaje grzechów, tego nikt nie ogarnie… . Jest więc pieniądz problemem duchowym indywidualnym, bezpośrednim, gdyż po prostu kusi każdego i rozbudza marzenia by go mieć jak najwięcej; równocześnie jest problemem społecznym, pośrednim, gdyż realizowana chciwość jednych, powodując niesprawiedliwość, rozbudza chciwość innych. I tak rodzą się najrozmaitsze grzechy poszczególnych osób, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że ich przyczyną jest… pieniądz!

Już aż za dobrze wiemy, jak pieniądz jest ku temu złu duchowemu celowo wykorzystywany metodą kapitalistyczną przez najgorszych łotrów na ziemi.

Zatem zasadnicza różnica pomiędzy wymianą pieniężną a bezpieniężną jest taka, że gdy nie ma pieniądza, to swą chciwość można realizować jedynie okradając bezpośrednio niektórych swoich bliźnich, w przypadku natomiast wymiany pieniężnej chciwość wycelowana w chciwość pieniądza, co oznacza pragnienie niesłusznych zysków, oznacza krzywdzenie wszystkich innych podmiotów rynku. Chcieć mieć więcej oznacza tyle, co chcieć mniej dla innych; chcieć zaś mieć jak najwięcej oznacza chcieć jak najmniej dla pozostałych. I gdy komu uda się osiągnąć jakiś niesłuszny zysk („sukces”), automatycznie przeniesie się on na wiele innych podmiotów – jako strata.

Jak już wiemy, prawdziwą „wydajność” w „produkowaniu” zła pieniądz pokazuje gdy jest zaangażowany do procederu lichwiarskiego. Mamy każdego dnia (tygodnia, miesiąca…) olbrzymią ilość transakcji, gdy tymczasem pieniądza w obiegu jest stosunkowo mało. Tymczasem lichwy (zysków z lichwy) jest wielokroć – i to duże wielokroć! – więcej aniżeli jest wszystkiego pieniądza w obiegu – i do tego ciągle jej przybywa.

To jest paranoja! Jednakże większą „paranoją” jest ciemnota ludzi – nas wszystkich! – że dajemy się tak wodzić za nosy. Ogromną tu odpowiedzialność ponoszą uczeni, bo to oni mają nas karmić wiedzą, ukazywać zagrożenia, ostrzegać… .

Lichwy przybywa i, wespół z innymi działaniami z nią powiązanymi, powoduje to deflację bezwzględną rynku, ta zaś pogłębia deflację w rynkach pracy, wraz z jej tragicznymi skutkami. Powstają tak idealne warunki, by człowiek sam pozbawiał się moralności – i godności. Prawie każdy człowiek jest zaprzęgnięty na służbę złu. Wszystko dziczeje. W narzuconych nam warunkach kapitalistycznych człowiek traci swą podmiotowość, staje się igraszką w łapach łotrów. Pewien biskup powiedział wprost: „Niewinne rączki liberałów ociekają krwią”. Trudno mu nie przyznać racji. A mają siłę do czynienia tych zbrodni bo mają pieniądz, ten zaś mają, bo my go im dostarczamy – przy ich śmiechowi! Wiemy, że rynek składa się z podmiotów i przedmiotów, w tym pieniądza. Ale w rynku na modłę kapitalistyczną wręcz nie ma podmiotów – tu wszyscy są uprzedmiotowieni! Można chyba by się wyrazić, że podmiotem stał się sam pieniądz, wszyscy zaś jego przedmiotami, łącznie (a może przede wszystkim…) z tymi, którzy mają go najwięcej. Życie wspólne polega na zasadzie pana i niewolnika, gdzie niektórzy z niewolników awansują na poganiaczy innych.

Wyjaśnijmy jeszcze sobie, skąd wzięła się nazwa „kapitalizm” i co oznacza?

Mamy takie pojęcia jak zasób, majątek, kapitał, czy inwestycja. Kapitał to pewien zasób środków przeznaczonych do celu zarobkowego. Jakieś nasze sprzedane dobro, np. praca, będzie zarobkiem, ale nie będzie to jeszcze zysk. Pomijam tu „pracę” kombinatora, czy jakiegoś złodzieja. Przez zysk rozumiem tu to, co niesłuszne, niesprawiedliwe. Nasza nieruchomość będzie majątkiem, podobnie jak majątkiem będzie jakaś suma pieniędzy w kieszeni, czy na koncie. Gdy jednak nieruchomość tę przeznaczymy do celu zarobkowego, to w tym momencie staje się ona kapitałem. Podobnie będzie z sumą pieniędzy gdy przeznaczymy ją jako środek do osiągnięcia zarobku, np. jako inwestycję w remont lokalu, lub jako kapitał obrotowy. Oczywiście pieniądz staje się (lichwiarzowi) kapitałem gdy jest pożyczamy na procent. Jeśli pieniądz ma robić pieniądz, jest to tyle samo, co powiedzieć, że pieniądz ma być kapitałem celem osiągnięcia zysku. Dopowiem, że kapitałem może być czyjś majątek, np. pożyczony pieniądz, czy wynajęty lokal. Tak więc słowo „kapitał” nie ma jednoznacznie pozytywnych konotacji, ale też i nie ma negatywnych, gdyż wszystko zależy od kontekstu.

Osiągnięty dzięki zainwestowanemu kapitałowi zysk staje się majątkiem, czyli własnością danego podmiotu, który to majątek można znów przeznaczyć jako kapitał, celem osiągnięcia dalszych zysków… . Można tak bez końca z kapitału robić zysk, a ten traktować jako kapitał by osiągnąć następny zysk. Taka postawa jest kapitalistyczna.

Podejście takie jest podobne lichwiarstwu, ta sama mentalność, inny tylko sposób realizacji chciwości. Gdy ktoś zyskuje, tracić też musi ktoś.

Gdy rynek funkcjonuje prawidłowo, wówczas on swym stanem reguluje, jakby wymuszając sprawiedliwość zarobków. W takim podejściu nie musi być niż złego, gdy ktoś część dochodów przeznacza np. na rozwój firmy. Złe są niesprawiedliwe zyski, te zaś w decydującym stopniu zależą od stanu inflacjo-deflacyjnego rynku. Prawidłowo funkcjonujący rynek sam, drogą konkurencji, ustali słuszne zarobki.

Natomiast lichwę można zniszczyć jedynie politycznie, odgórnym jej zakazem.

Skoro kapitałem może być czyjaś własność, oznacza to, że kapitałem jednego podmiotu może być praca innych ludzi, co z kolei oznacza, że kapitałem może być inny człowiek! I tak wyjaśniło się nam pojęcie „kapitał ludzki”.

Celem osiągnięcia niesłusznego zysku kapitałem może być pracownik w firmie, co będzie oznaczało dla niego zaniżony zarobek. Kapitałem lichwiarza jest nie tylko zysk lichwiarski, lecz również każdy, kto mu ten zysk dopomaga osiągnąć, czyli pożyczkobiorcy. W konsekwencji, do roli kapitału zostali sprowadzeni, wszyscy ci, którzy dopomogli pożyczkobiorcy zarobić, by mógł zapłacić lichę. Pośrednio więc wszyscy ludzie są sprowadzeni do roli kapitału w łapach lichwiarzy.

W czasie gdy rynek jest w deflacji łatwiej o wszelkie niesłuszne zyski. Praca ludzka traci wartość, co oznacza, iż kapitał ludzki tanieje, a coraz większe przynosi zyski właścicielowi. Oto istota kapitalizmu i cała zasada działania tego systemu. Tu wszyscy są kapitałem, tak naprawdę lichwiarzy. Kapitałem nieustannie taniejącym… .

Także, kapitał to pewien zasób środków, celem osiągnięcia korzyści – nie tylko materialnych. Jeśli np. ktoś będzie miał zamiar demoralizować, albo niszczyć kulturę naszą, co może uznawać za swój swoisty „zysk”, to też potrzeba mu będzie środków do tego celu, czyli jakby kapitału. Może np. opłacać zboczeńców, którzy urządzą demonstrację, lub będą „uświadamiać” seksualnie dzieci w szkołach; może też opłacać kompozytorów, czy innych twórców, którzy będą tworzyć dziką muzykę, czy bohomazy; może opłacać kłamców propagandowych, etc. Wówczas pieniądz, będący jego majątkiem, stanie się kapitałem do osiągnięcia celu. Co więcej, kapitałem, celem realizacji jego zamiarów, będą nawet te opłacane osoby.

Może więc być kapitał ekonomiczny, ale też może być i polityczny, jak też i duchowy. Co więcej, kapitał materialny, np. pieniądz, może być (i zazwyczaj jest) kapitałem politycznym, o różnych celach duchowych. I w przeciwną stronę, gdzie wartości duchowe, nawet religijne są zaprzęgnięte do osiągania celów materialnych, np. zysków pieniężnych. Tak więc rzeczy materialne, jak też intelektualne mogą być środkiem czynienia sprawiedliwości, jako celu duchowego; w przeciwną stronę, do duchowego zamiaru niszczenia sprawiedliwości, też potrzeba środków (kapitałów) materialnych. Prawdziwy kapitalista dokłada kapitał do kapitału, celem zdobycia jeszcze więcej kapitału do dalszego niekończącego się kapitalizowania… i tak realizuje swój cel duchowy – zaspakajanie swej chciwości. Zasadniczo każde działanie każdego ma aspekt polityczny, gdyż nie istnieje próżnia w życiu społecznym i zawsze jest obecny aspekt moralny i duchowy.

Tak więc może być kapitał duchowy, w jedną lub drugą stronę. Sam Pan Jezus często używał języka ekonomicznego, zwłaszcza w przypowieściach. Znamy też wyrażenie „ekonomia zbawienia” (choć raczej powinno być „ekonomika” zbawienia). Dał nam Bóg środki przyrodzone i nadprzyrodzone (czyli swego rodzaju kapitał!) którym musimy się posługiwać zgodnie z jego wolą, by dostarczyć Mu korzyści – dostarczając dusz, które zostaną zbawione. Tylko tak zbawimy i siebie. Zatem sami mamy być nie czym innym, jak kapitałem w Jego ręku – jak najskuteczniejszym. (Pamiętamy przypowieść mówiącą o zarządcy majątkiem?…)

Inni mają za cel niszczenie wszystkiego co katolickie i też potrzebują środków ku temu celowi – kapitału! Z wcześniejszych ustaleń wiemy, iż można kogoś uczynić takim kapitałem, który w rezultacie będzie nieświadomie działał przeciw sobie – a nawet przeciw Bogu!

Współcześnie we wszystkich tych zabiegach, działaniach osobistych i wspólnych, bierze udział pieniądz, jako przenośnik wartości – wszystkich wartości, nie tylko materialnych.

Zmierzam do tego, że sama metoda kapitalistyczna jest też środkiem – a zatem i kapitałem – celem osiągnięcia zakładanego celu. Już zauważyliśmy, iż nie jest to dobry cel. Ponieważ metoda jest niesprawiedliwa, pogłębiająca ciągle ogólną niesprawiedliwość, wnioskujemy z tego, że jej cel jest duchowy – duchowa niewola ludzi. Aż temu może służyć pieniądz, i taki ma cel w metodzie kapitalistycznej.

Jak nadmieniałem, pieniądz, przez sam fakt, że jest, kusi ku chciwości go; rozbudza chciwość, która nie zna granic. Cóż więc powiedzieć o tym oddziaływaniu, gdy jego obieg jest tak niesprawiedliwy jak współcześnie na świecie?! W systemie kapitalistycznym, w którym przyszło nam żyć, rabowany pieniądz, służąc jako kapitał ku dalszym rabunkom, spowodował potworną niesprawiedliwość. Chciwość, która jednym się realizuje w ogromnych zyskach, rozbudza niepohamowaną chciwość w coraz większej części społeczeństwa… ciągle biedniejącej. Brak możliwości spokojnej egzystencji powoduje frustracje, przejawiające się we wściekłości, często w utracie sensu życia. Ale nawet to nie łagodzi chciwości, jedynie niszczy etykę i zamyka ludzi samych w sobie. Niestety, ale wtedy dobre zasady i uczciwa pracowitość stają się raczej przekleństwem, aniżeli błogosławieństwem. Tymczasem propaganda jeszcze nieustannie rozbudza marzenia o bogactwie, sukcesie… . Najczęściej wszystko się na marzeniach kończy. Można co najwyżej popodziwiać swych idoli – dostarczając im coraz więcej kasy. Ostatnim wynikiem tych działań jest postępująca znieczulica moralna, społeczeństwo stopniowo staje się bezwolnym tłumem samolubów, hołotą, motłochem – jedna patologia! W tej ogólnej anarchii łatwiej mają się wybić osoby wątpliwe moralnie. Pieniądz w kapitaliźmie wymusza taki stan stosunków międzyludzkich, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem; sprowadza człowieka do rynsztoku – moralnego, duchowego, często materialnego; zagradza człowiekowi drogę do szczęścia.

Pieniądz ma tylko jedno zadanie: ma ułatwiać wymianę, co równoznaczne jest ze sprawiedliwością wymienną. Pieniądz działa taksamoczynnie, jeśli tylko nikt nie wypacza jego funkcjonowania. Ostatnie równoznaczne jest z tym, że nikt nie będzie go kradł i rabował w jakikolwiek sposób. Zaś chciwość pieniądza oznacza nie co innego, jak chęć mieć go jak najwięcej, co w praktyce oznacza chęć zaboru czyjejś własności, najczęściej własności czyjejś pracy – części jej wartości. Otóż, jeśli wymiana jest ułożona sprawiedliwie, wówczas oddziaływanie pieniądza, krążącego niejako bezwładnie, bez oporu – który ani nie nie jest ssany, ani jakby popychany przez podmioty – nie jest silne na rozbudzanie chciwości. A nawet jeśli się znajdą chciwcy, to mają ograniczone możliwości tę chciwość realizować. W takich warunkach złodziejskie postawy są traktowane jako zgorszenia, co tylko popycha ludzi ku dalszym staraniom i postępom moralnym.

Dlatego odwrócić sytuację społeczną można tylko poprzez postępującą prawidłowość wymiany dóbr, co jest równoznaczne z prawidłowością funkcjonowania pieniądza. By tego dokonać wpierw muszą pojawić się moralne postawy, dysponujące wiedzą ekonomiczną i polityczną, które będą następnie potrafiły ustanowić siłę polityczną, taką, która zapanuje nad pieniądzem, czyniąc go narzędziem czynienia sprawiedliwości.

Pytanie: Czy to jest możliwe w zaistniałych warunkach?

Czysto po ludzku patrząc, naturalistycznie, z pewnością nie. Jednakże jako katolikom to nie wolno nam nawet tak myśleć, by nie grzeszyć. Jesteśmy dziećmi Boga a u Niego wszystko jest możliwe. My musimy tylko jedno: być Mu posłuszni! Mamy z całą świadomością całkowicie poświęcić się Panu Jezusowi, ażeby uczynił z nas swe narzędzia – narzędzia swego Miłosierdzia!

Naszym zaś narzędziem walki w tej wojnie ekonomicznej, która jest ziemskim frontem walki duchowej – tak naprawdę wojny o dusze ludzkie! – musi być pieniądz. Trzeba się uczyć nim posługiwać i działać – w imię Boże!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ostatnio skomentowane

    Archiwum

    Krótki kurs Ekonomii …dla każdego

    WYKŁAD
    plik PDF dostępny jest tutaj

    * * * * * * * * * * * * * * *

    Polecam także:

    Podatki, podatki, ale jakie…” – część pierwsza

     

    Kontakt

    Więcej o mnie tutaj.

    Adres e-mail: wojnaekonomiczna@gmail.com

    Zachęcam do czytania i komentowania!

    Wszelkie prawa zastrzeżone (c) 2018 Paweł Jan Niedbała